Inny świat

[RECENZJA filmu „Demon”]

Demon” Marcina Wrony to opowieść o tym, jak w jeden wieczór życie może zmienić się w koszmar pełen duchów przeszłości, które nigdy nie przestaną nawiedzać w snach.

Laura Lenkiewicz

Kobieta krzycząca w agonii na brzegu rzeki, w białej sukience niechlujnie zarzuconej na nagą sylwetkę, obłęd w oczach i mężczyźni przytrzymujący jej chude i opętane ciało. To pierwszy obraz, który widzi główny bohater “Demona” – Piotr “Pyton” (w tej roli Itay Tiran), gość z Wielkiej Brytanii. Razem z nim widz wpływa do nowego, nieznanego świata.

Te początkowe kadry zapowiadają przełom w życiu bohatera. Będzie nim upragniony ślub z Żanetą (Agnieszką Żulewską), huczne wesele z największymi wiejskimi osobistościami, wspólna przyszłość w wiejskim domu odziedziczonym po dziadku dziewczyny. Wszystko przebiega bez komplikacji do momentu, w którym Piotr odkrywa kości w ogrodzie przy domu z białymi obdrapanymi ścianami, przeciekającym dachem i skrzypiącą podłogą.

Głównym tematem “Demona” jest wyobcowanie. Przyjazd Pytona do rodzinnego miasteczka Żanety jest wtargnięciem, próbą zniszczenia uporządkowanej rzeczywistości. Piotr różni się od wiejskiej społeczności. Nie pasuje do niej, a bariera językowa skazuje go na dodatkowe wykluczenie. Jako Obcy w sposób oczywisty staje się ofiarą. Ofiarą opętania przez ducha przeszłości – dybuka pięknej, zamordowanej dziewczyny, z którą nie ma nic wspólnego.


W dynamicznie zmontowanych kadrach splatają się usta, dłonie, krzyki, nogi.


W oczy rzuca się motyw wiejskiego wesela. Stodoła jest przyozdobiona białym tiulem, wygląda niczym kopia wystawy Zary Home, stosy jedzenia i tysiące butelek z wódką. Każdy z licznych gości musi wiedzieć, że ojciec panny młodej to człowiek bogaty, w kieszeniach garnituru szytego na miarę ma plik banknotów, a w samochodzie ukryte kolejne butelki. Ludzie na wsi są światowi, tolerancyjni, znają angielski, dają schronienie cudzoziemcowi, kochają swojego dobrego księdza proboszcza. Przecież niczym nie różnią się od mieszkańców miast. Gdzieś tylko obok, na drugim planie szepty i plotki, pijani goście leżący pod stołami, sceny rozkoszy za otwartymi drzwiami. W dynamicznie zmontowanych kadrach splatają się usta, dłonie, krzyki, nogi. Coraz szybsze i szybsze tempo zmian sprawia, że widz zaczyna przypominać sobie kolejne sceny ze słynnego “Wesela” Wojciecha Smarzowskiego.

Wrona dość jednoznacznie czerpie też inspiracje z przeszłości. Jednym z tematów, z którymi próbuje zmierzyć się jest motyw żydowski. Reżyser postanowił zrobić film o pojednaniu przeszłości z teraźniejszością i zaślubinach dwóch kultur – polskiej i żydowskiej.

Od pierwszej sceny Wrona decyduje się wpisać “Demona” w dość oczywistą konwencję horroru. Poczynając od szalonej kobiety skończywszy na nawiedzonym domu, dybuku, bohaterach brodzących w błocie w czasie burzy z piorunami. Jednak to nie wszystko: jest i komedia, i groteska, i mały dramat. Motywy przeplatają się z wielkimi tematami, problemy i inspiracje łączą się ze sobą, prowokując w widzu powstawanie coraz to nowych pomysłów interpretacyjnych.


Widz, zupełnie jak goście weselni, płynie przez kolejne sceny w delirium, alkoholowym śnie.


Wrona buduje fabułę “Demona”, zderzając ze sobą przeciwieństwa. Rezygnuje z wyraźnych, nasyconych barw w warstwie wizualnej filmu, wprowadza za to kontrasty w warstwie fabularnej, a klamrowa konstrukcja filmu podkreśla obecność dysharmonii. Piotr przypływa do brzegu z nadzieją na nową przyszłość, wspólne życie z ukochaną. Żaneta opuszcza rodzinny dom z poczuciem straty, z wiedzą, że straciła w swoim życiu bezpowrotnie to, co kochała najbardziej. Szczęście nowożeńców i biel sukni ślubnej panny młodej zostają zestawione z czernią pogrzebu, żałoby. Ślub jest zapowiedzią czegoś nowego, śmierć w ziemskim wymiarze końcem wszystkiego. W domu, do którego schodzą się goście weselni na parterze trwa zabawa, pijana społeczność śpiewa i tańczy, w piwnicy trzyma się sekrety i wszystkie brudy, czyli demona, o istnieniu którego wszyscy wiedzą, choć nikt nie chce się do tego przyznać.

Pełnowymiarowość postaci ujawnia się w kreacji Andrzeja Grabowskiego, który stwarza jednego z najciekawszych bohaterów, choć ani na chwilę nie przestaje przypominać Mariana Dziędziela z “Wesela”. Trochę niechętnego wobec narzeczonego córki, pełnego podejrzeń i pewnego swoich przekonań. Jest jedną z najbardziej racjonalnych postaci, choć taką, która okłamuje gości, obsesyjnie dba o zachowanie dobrego imienia wśród wiejskiej społeczności. To wszystko nieustannie w masce fałszu. „A może to wszystko to po prostu sen, was tu nie było, mnie tu nie było, żadnego ślubu nie było?” – bohater grany przez Grabowskiego oszukuje sam siebie.


Szowinizm Wrony w jego ostatnim filmie razi trochę mniej, jednak widz może odnieść wrażenie, że Żaneta nie ma realnego wpływu na przebieg zdarzeń.


“Demon” to pierwszy film Wrony, w którym kobieta zaczyna pełnić jakąkolwiek rolę. Żaneta to od początku do końca pozytywna postać, kochająca, pełna nadziei i radości narzeczona, trochę za bardzo wpatrzona w Piotra, ale nietracąca autentyczności. Samotna w świecie zdominowanym przez mężczyzn, jednak dużo mniej uległa niż kobiety w “Mojej krwi” i “Chrzcie”, których rola sprowadza się do spełniania określonych funkcji: zaspokajania seksualnej żądzy swoich mężów, bycia odskocznią od problemów bądź niańczenia wspólnego dziecka. Szowinizm Wrony w jego ostatnim filmie razi trochę mniej, jednak widz może odnieść wrażenie, że Żaneta nie ma realnego wpływu na przebieg zdarzeń. Usiłuje coś zmienić, ale i tak jej starania zostają zignorowane przez mądrzejszych, silniejszych i bardziej doświadczonych mężczyzn.

Nieludzkie tańce Pytona, zginające się kości, ograniczenie fabuły do zaledwie dwóch dni, mieszanina języków, pozaziemskie zdarzenia i zło, które trudno objąć umysłem. Przenikanie się osób i zdarzeń jest sposobem ukazania świata pełnego dwuznaczności i niewiadomych. Widz, zupełnie jak goście weselni, płynie przez kolejne sceny w delirium, alkoholowym śnie. Śni na jawie, bo to oniryczna rzeczywistość kreuje “Demona”. Wrona stworzył film pełen tajemnic i nieoczywistości; mierzący się z wielkimi motywami, a momentami przygniatający wszechobecnym złem i wielowątkowością. Widz tuż po zakończeniu seansu nie może podnieść się z krzesła, a z sali kinowej wychodzi odurzony i przesycony. Podobno na ekranie liczą się emocje.

Tekst po raz pierwszy wydrukowany w wydaniu 1 #magazynutrójki.
Na zdjęciu fragment plakatu promującego film.

Laura Lenkiewicz została nagrodzona za tę recenzję w konkursie skrytykuj.pl. Główną nagrodą było miejsce w jury młodzieżowym podczas festiwalu kina niezależnego Netia Off Camera 2016.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s