Surowa delikatność

[RECENZJA filmu „Carol”]

W swoim najnowszym filmie Todd Haynes nie szokuje za wszelką cenę. Snuje spokojną opowieść o zamkniętych w konwenansach umysłach mężczyzn i płonących wnętrzach dwóch kobiet. 

Laura Lenkiewicz

W “Carol” nie pojawia się ani razu słowo homoseksualizm, homofobia, czy lesbijka. “Carol” to nie film o odkrywaniu siebie ani o wychodzeniu z szafy. Nie opowiada o walce o prawa mniejszości seksualnych ani nie ukazuje zagubionych bohaterek pytających siebie, dlaczego przyszło im kochać kobiety. “Carol” to po prostu historia miłości, która kiełkuje w głębi człowieka, wobec której jest bezsilny. Tytułowa Carol jest chodzącą definicją kobiety z klasą. Wyprostowana, elegancka, wyważona. Ma dom, pieniądze i córkę. Ma też męża, z którym jest w trakcie rozwodu. Pewnego dnia wchodzi do sklepu z zabawkami i widzi młodziutką Therese stojącą za ladą w czapce świętego Mikołaja. Therese jest nieśmiała i niezdecydowana, uśmiecha się lekko, patrząc się w podłogę. Nie jest asertywna. Ma narzeczonego, którego miłości nie umie i nie chce przyjąć. Robi zdjęcia, ale boi się uczynić fotografię źródłem swojego zarobku. Lubi też kobietę, która nagle wchodzi do sklepu, w którym pracuje. Kobieta zostawia rękawiczki na ladzie. Rękawiczki trzeba oddać. Od rękawiczek zaczyna się miłość Carol i Therese.

carol-cate-blanchett-rooney-mara-kino

Podstawową wartością filmu Todda Haynesa jest jego subtelność. Subtelne są gesty bohaterek, ich ukradkowe spojrzenia, ruchy i dotyk. To zasługa nie tylko niezwykłej gry Cate Blanchett i Rooney Mary nie bez powodu nominowanych do tegorocznych Oscarów, ale również zdjęć Edwarda Lachmana. Widz po prostu śledzi ukazaną historię, widzi świat lat pięćdziesiątych, świat ładny i luksusowy. Nie czuje zbędnej ingerencji operatora ani nie ma wrażenia, że ktokolwiek sili się na nakręcenie dzieła monumentalnego, próbując artystycznie ukazać krojenie cebuli. Dialogi między bohaterkami nie są rozbudowane,  w filmie nie ma głośnych deklaracji, rozmów o pięknie uczuć. Przez większość czasu Therese i Carol po prostu milczą. Asceza słowna pozostawia dużo miejsca na komunikację niewerbalną pomiędzy bohaterkami. Powiedzenie, że kobiety krzyczą do siebie miłość oczami nie jest w żaden sposób romantyzowaniem czy uwznioślaniem ich relacji, bo w “Carol” wszystkie emocje zamykają się w ich twarzach. Jednak światy bohaterek nie obracają się tylko wokół nich. Haynes z naturalną swobodą łączy ze sobą wątki z życia bohaterek, które teoretycznie nie mają prawa się przenikać.

Obie bohaterki nie wiedzą, czego chcą od życia. Obie nie mają pojęcia, co wybrać. Obie walczą o wzmocnienie pozycji kobiet w patriarchalnym amerykańskim społeczeństwie lat pięćdziesiątych; Carol podczas sprawy rozwodowej, Therese w środowisku zawodowym. Obie ostatecznie okazują się samodzielnymi, silnymi kobietami.

Zamykanie “Carol” w ramach melodramatu homoerotycznego krzywdzi jej twórców. Haynes opowiada historię uniwersalną, która mogła zdarzyć się siedemdziesiąt lat temu, ale równie dobrze może przytrafić się choćby jutro. Historię, której wielowątkowość i złożona problematyka zmusza widza postawić siebie w sytuacji bohaterek choć na ułamek sekundy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s