(R)ewolucja dzięki MOOC

[ARTYKUŁ o kursach online]

Na niewielu uniwersytetach na świecie ma się okazję uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez noblistę. Chyba że zrezygnuje się z możliwości zdobycia dyplomu i przeniesie swoją edukację do internetu.

Kamil Aftyka

W listopadzie 2012 roku New York Times obwieścił światu: ten rok należy do MOOC-ów. Te cztery litery, jakimi określa się kursy internetowe udostępniane bezpłatnie masowej publiczności (z angielskiego Massive Open Online Courses), miały wieścić początek gigantycznej rewolucji w światowej edukacji. Od teraz, z dowolnego miejsca na świecie, każdy będzie mógł brać udział w kursach akademickich bez rekrutacji czy czesnego. Wystarczy połączenie z internetem i dobre chęci Tak egalitarnego rozwiązania nikt jeszcze nie wymyślił!

Zapał komentatorów, ale i samych twórców MOOC-ów w ostatnim czasie lekko ostygł, co dobrze pokazuje historia Udacity, jednej z pierwszych platform e-learningowych. Jej założyciel, Sebastian Thrun przekonał się, że niezależnie od wysiłku włożonego w opracowanie kursu, zaledwie kilka procent uczestników kończy go z sukcesem. Zazwyczaj są to osoby z dyplomem uczelni wyższej, które traktują MOOC jedynie jako możliwość wzbogacenia swojej wiedzy. Grupa, na której pierwotnie najbardziej zależało twórcom kursów internetowych, słowem – ci, którzy nie mają dostępu do dobrej edukacji – odnosi mizerne rezultaty.

Od jakiegoś czasu Udacity stawia więc na płatne, specjalistyczne programy o nazwie nanodegrees, tworzone we współpracy z firmami technologicznymi, między innymi z Doliny Krzemowej. Mimo to inne dwie duże strony zajmujące się nauczaniem na odległość, edX i Coursera, wciąż opierają swój model rozwoju na MOOC-ach. Bo choć kursy online nie przyniosły gwałtownej zmiany, to ukazują, jaką drogą może pójść edukacja w następnych dekadach.

I
Profesor Eric Lander poza tym, że w znaczący sposób przyczynił się do sukcesu projektu poznania ludzkiego genomu, jest doskonałym nauczycielem. Na Massachusetts Institute of Technology (MIT), jednej z najlepszych uczelni świata, przekazuje swoim studentom podstawy biologii. Od 2013 roku dzięki platformie edX na jego kurs wprowadzający do biologii 7.00x: Introduction to Biology może zapisać się każdy. Jak przyznają uczniowie Landera – ci na kampusie, jak i ci online – profesor w niebywały sposób zaraża swoim entuzjazmem innych, a podstawy biochemii, genetyki i biologii molekularnej okrasza nowinkami ze świata nauki. Kiedy na jednym z wykładów pojawia się temat wyciszania aktywności genów Lander stwierdza: „tego nie ma w waszych podręcznikach, ale to jest w waszych ciałach”.

Sytuacje, w których wybitny ekspert tworzy MOOC, nie należą do rzadkości. W serii kursów z astrofizyki na edX-ie wykładowcą jest Brian Schmidt, który zdobył Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki za udowodnienie, że rozszerzanie się Wszechświata następuje coraz szybciej. Na Courserze ekonomii można uczyć się od Roberta Schillera, również noblisty. O filozofii moralności i sprawiedliwości opowie Michael Sandel, światowej sławy myśliciel, który podczas swoich wykładów na Harvardzie, niczym Sokrates, prowadzi dyskusję ze studentami. A ma ich sporo, bo prowadzone przez niego kursy należą do jednych z najpopularniejszych na kampusie. Z kolei Peter Singer, wpływowy etyk z Uniwersytetu Princeton, jak dotychczas poprowadził dwa kursy online – jeden dotyczący etyki praktycznej, a drugi tego, jak być efektywnym altruistą.


Sytuacje, w których wybitny ekspert tworzy MOOC, nie należą do rzadkości.


Badacze mediów i socjolodzy alarmują, że żyjemy w erze przeładowania informacjami. W takiej rzeczywistości kursy online stanowią niewątpliwie jedno z najlepszych źródeł rzetelnych i wyselekcjonowanych informacji, w dodatku przedstawianych przez najwybitniejszych światowych intelektualistów i dydaktyków.

II
Nie dla wszystkich jest to jednak powód do optymizmu. Kursy online powstają głównie z inicjatywy największych jednostek akademickich, takich, jak Harvard czy Stanford. Uczelnie mniej zamożne, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, niepokoją się, że bezpłatne kursy na wysokim poziomie mogą ograniczyć liczbę planujących studia w ich placówkach. Czy jest to jednak słuszna obawa?

Być może tak, ale platformy e-learningowe wciąż nie są w stanie zapewnić rzeczy najbardziej pożądanej we współczesnym systemie wyższej edukacji – dyplomu. Zazwyczaj po ukończeniu kursu powyżej określonego progu procentowego otrzymuje się certyfikat poświadczający pomyślne zaliczenie przedmiotu. Co prawda można pochwalić się nim przy aplikacji na studia czy do pracy, ale nie da przeliczyć się go w żaden sposób na punkty ECTS, znane na uczelniach Unii Europejskiej. To właśnie brak możliwości zdobycia takiego oficjalnego dokumentu jest podawany za jedną z przyczyn niskiej zdawalności MOOC-ów.

Warto dodać, że edX zapowiada zmianę tego stanu rzeczy. Wiosną 2015 roku platforma ogłosiła współpracę z Arizona State University w celu stworzenia Global Freshman Academy – programu, który umożliwi ukończenie pierwszego roku studiów licencjackich (konkretnie amerykańskiego collegu) całkowicie online. Pomysł edX-u mogą jednak zniweczyć ceny – mimo, że sam udział w kursach w ramach tego programu jest bezpłatny, to za uzyskanie oficjalnego dyplomu i punktów za pojedynczy MOOC przyjdzie zapłacić kilkaset dolarów.

Podobne eksperymenty, ale na mniejszą skalę, były prowadzone już wcześniej. San Jose State University przy wsparciu Udacity opracował w 2013 roku kilka kursów, za które można było uzyskać dyplom uczelni, uiszczając wcześniej niewielką opłatę. Jednak z powodu fatalnych wyników studentów (mniej niż ćwierć spośród zapisanych na kursy je zdała) program zawieszono. Również Coursera ogłosiła w lutym 2013 roku udostępnienie pięciu kursów m.in. z genetyki i matematyki, za które można było otrzymać punkty uznawane przez ponad 2000 uczelni wyższych w Stanach Zjednoczonych, czyli tak zwane ACE Credit. Co prawda do dzisiaj kursy są co jakiś czas oferowane, ale przestało być możliwe uzyskanie za nie jakichkolwiek punktów. Coursera nie wyjaśnia dlaczego.

Ze względu na brak oficjalnego dyplomu w swojej ofercie, platformy e-learningowe nie są w stanie, póki co, pokonać mniejszych uczelni, ale mimo to mogą je do pewnego stopnia zmarginalizować. Kursy online z założenia mają zasięg globalny. W liczbach oznacza to od kilku do kilkudziesięciu tysięcy uczestników przeciętnego kursu, choć rekordziści posiadają nawet kilkaset tysięcy zapisanych. Akademicy, szczególnie działający w obszarze dziedzin humanistycznych, mają więc gigantyczną widownię, której mogą przekazać swoje spojrzenie na dane zagadnienie (co robi na przykład Peter Singer w kursie o efektywnym altruizmie). Powoduje to, że ci, którzy wykładają na uczelniach, które stać na wyprodukowanie kursu – a koszty takiego przedsięwzięcia liczy się zwykle w setkach tysięcy dolarów – mogą być jeszcze bardziej wpływowi. Wiele cennych koncepcji, acz bez takiej siły przebicia, może w ten sposób po prostu przepaść.


Uczelnie mniej zamożne, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, obawiają się, że bezpłatne kursy na wysokim poziomie mogą ograniczyć liczbę planujących studia w ich placówkach.


Mimo to, nie sposób nie zauważyć, że profesjonalnie przygotowane kursy mogą ustanawiać standardy nauczania konkretnych przedmiotów, podnosząc ich poziom na uniwersytetach nieuczestniczących w produkcji MOOC-ów. Ponadto, mimo monopolu dużych jednostek akademickich, można zauważyć, że pojawiają się takie kursy internetowe, które prezentują punkty widzenia spoza głównego nurtu. Prestiżowa francuska grandes écoles, Sciences Po, udostępniła niedawno na Courserze kurs o francuskiej wizji globalistyki, a Rice University zaprezentował jesienią 2015 MOOC-a o Ameryce oczami zagranicy.

III
Wielu nauczycieli akademickich (w Polsce i na świecie) narzeka, że studenci pierwszego roku bardzo często przychodzą nieprzygotowani do podjęcia studiów na danym wydziale i często trzeba zaczynać z nimi naukę niektórych rzeczy od podstaw. W Stanach Zjednoczonych część komentatorów sugeruje, by w większym stopniu brać pod uwagę to, jak licealiści aplikujący na studia radzą sobie w MOOC-ach. W końcu kursy online są projektowane przez wykładowców, a nie komisje egzaminacyjne. W rezultacie zadania domowe czy egzaminy wymagają dużo więcej niż znajomość definicji. Jeśli ktoś poradził sobie z MOOC-ami w szkole, to szansa, że poradzi sobie z przedmiotami na studiach jest całkiem spora.


Platformy e-learningowe wciąż nie są w stanie zapewnić rzeczy najbardziej pożądanej we współczesnym systemie wyższej edukacji – dyplomu.


Kursy online wpływają również na sposób, w jaki uczy się na samym uniwersytecie. Na niektórych uczelniach część profesorów zdecydowała się na prowadzenie tak zwanych klas odwróconych (ang. flipped classrooms). Nauczyciele zadają studentom do domu obejrzenie wykładów i przeczytanie odpowiednich tekstów, aby czas na zajęciach móc poświęcić na rozwiązywanie złożonych zadań problemowych, a także na bezpośredni kontakt profesorów z słuchaczami. Nie wszystkim studentom przypada to jednak do gustu, bo twierdzą, że trudniej się skoncentrować, jeśli odtwarza się wykład w domu, gdzie o wiele łatwiej o rozproszenie uwagi. Choć jest w tym sporo prawdy, to problem zdaje się głębszy – oglądanie przez kilkadziesiąt minut „gadającej głowy”, to dość bierny sposób nauki, a więc i mało efektywny. To jednak pomału ulega zmianie, gdyż twórcy MOOC-ów dwoją się i troją, by uczynić korzystanie z kursów coraz bardziej interaktywnym i wciągającym.

Dwa lata temu David Cox z Uniwersytetu Harvarda wraz ze swoim zespołem uruchomił kurs wprowadzający do neurobiologii, który odbył się na specjalnie zaprojektowanej ku temu platformie. Dzięki temu zamiast samych wykładów, uczestnik tego MOOC-a bierze udział w spersonalizowanych lekcjach, na które składają się wirtualne symulacje oraz quizy. Do części uczestników zostały również rozesłane zestawy do przeprowadzania eksperymentów w domu. We wrześniu ubiegłego roku ten sam kurs ruszył także na harwardzkim kampusie – oczywiście w wersji odwróconej.

Podstaw chemii, fizyki i myślenia naukowego w niestandardowy sposób można się zaś nauczyć w innym kursie oferowanym przez Uniwersytet Harvarda. Science and Cooking to kilkutygodniowy MOOC, w którym zarówno nauczyciele, jak i szefowie kuchni przedstawiają, jakie naukowe podstawy stoją za przygotowywanymi przez nich daniami. Moduł laboratoryjny nie wymaga tutaj drogich odczynników, a jest czymś, czego większości innych kursów online brakuje. Może warto się zastanowić, czy podstaw nauki nie dałoby się uczyć w ten sposób w szkołach. Koszty nie muszą być ogromne, a wymierne korzyści widać od razu – całe roczniki potrafiące świetnie gotować.

Jednym z ciekawszych MOOC-ów humanistycznych jest stworzony przez Georgetown University kurs o Boskiej komedii Dantego. Oprócz niesamowitego designu platformy, na której odbywa się kurs, dużo pracy włożono w to, by jak najlepiej umożliwić lekturę samego poematu. Można go czytać w czterech trybach: pierwszy umożliwia lekturę samego tekstu (po angielsku lub w oryginale), drugi dodawanie w nim komentarzy, które można też upublicznić, trzeci jest już pełen notatek profesora, a czwarty opracowaniem – linijka po linijce – stworzonym przez uczestników kursu. W ten sposób wymiana myśli z tysiącami studentów może być naprawdę owocna. Podobne rozwiązania stosuje się teraz w innych kursach, między innymi w MOOC-u zatytułowanym Ancient Greek Hero, prowadzonym przez lekko ekscentrycznego harwardzkiego profesora Gregory’ego Nagy’ego.

Globalna społeczność stanowi chyba największy potencjał współczesnej edukacji online. Analiza Dantego czy Homera przez tak wielu robi wrażenie, ale jeszcze ciekawiej wyglądają kursy poświęcone problemom współczesnego świata. W How to Change the World organizowanym przez Wesleyan University rektor uczelni w każdym kolejnym tygodniu zaznajamia uczestników z konkretnym tematem, na przykład edukacją, czy zmianami klimatu. Zarejestrowani użytkownicy najpierw czytają zadane artykuły i eseje, następnie oglądają materiały wideo, piszą prace w tzw. systemie peer-review (wysłany tekst jest sprawdzany przez innych biorących udział w kursie), a na końcu mogą wziąć udział w cotygodniowej wideokonferencji z innymi osobami zainteresowanymi danym zagadnieniem. W ten sposób o psychologicznych mechanizmach prowadzących do tragedii wspólnego pastwiska miałem okazję rozmawiać z osobami z Kazachstanu, Anglii i USA.

Ale to nic w porównaniu do zadania, które zlecił internautom Scott Plous, instruktor kursu z psychologii społecznej, najpopularniejszego na Courserze. Studenci w jak dotychczas dwóch edycjach tego MOOC-a musieli przez jeden dzień odnosić się do innych z jak największą empatią, a następnie opisać to w krótkiej pracy. Najbardziej empatyczna osoba wyłoniona w pierwszej edycji za działania na rzecz dziewcząt wykorzystywanych seksualnie w Indiach dostała zaproszenie na spotkanie z Dalajlamą, zaś za drugim razem za przeciwdziałanie przemocy domowej w Chinach uczestniczka kursu mogła na żywo porozmawiać z Jane Goodall, słynną badaczką szympansów.

Dyplom jako idealna forma zwieńczenia wyższej edukacji, matura jako najlepszy wskaźnik gotowości do studiów i wykład jako kluczowa forma przekazywania wiedzy, to znany wszystkim zestaw pojęć którymi operuje współczesny uniwersytet. Mimo, że wydaje się on mocno przestarzały, funkcjonuje do dziś wedle churchillowskiej retoryki: może i jest beznadziejny, ale nic lepszego nie wymyślono. Wreszcie nadszedł moment, w którym stwierdzenie to coraz mocniej mija się z prawdą.

Tekst po raz pierwszy wydrukowany w wydaniu 2 #magazynutrójki.
Fot.: Andrew Hitchcock, CC BY 2.0 (zdjęcie przedstawia główny gmach amerykańskiego MIT, uczelni technicznej i jednego z największych twórców MOOC-ów).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s