Zdjąć klątwę

[ROZMOWA Laury Lenkiewicz]

“Przyświecało mi jedynie to, żeby jak najwierniej pokazać nasze emocje i być jak najbardziej szczerym w naszej opowieści” — mówi Tomasz Śliwiński, autor nominowanej do zeszłorocznych Oscarów “Naszej klątwy”. 

W “Naszej Klątwie” brak pięknego portretu rodziny, która nie poddaje się, mimo choroby i przeciwności losu. Jest matka płacząca z synem na rękach, zmęczeni rodzice, często źli na los, z poczuciem niesprawiedliwości. Nie bał się pan, że tak szczery, do bólu realistyczny obraz nie wyda się widzom przerysowany?

Ja się w ogóle zastanawiałem, czy chcę się dzielić takim szczerym i osobistym obrazem własnego życia. Akurat o przerysowaniu w ogóle nie myślałem, bardziej zastanawiałem się, czy ja i moja żona chcemy pokazywać nasze słabości, sytuacje, które normalnie nie wychodzą poza cztery ściany domu rodzinnego. Trzeba tu zaznaczyć, że nie zabrałem się od razu za kręcenie dokumentu, namawiano mnie do tego. Potem podczas procesu tworzenia też nie byłem pewny, czy coś z tego zrobimy. Dopiero po montażu zdecydowaliśmy, że to jest uniwersalna historia, która może komuś pomóc, że jednak przeszliśmy przez coś, czym warto się podzielić, ale nigdy tak naprawdę nie zastanawiałem się, jak to będzie odebrane. Przy montażu przyświecało mi jedynie to, żeby jak najwierniej pokazać nasze emocje i być jak najbardziej szczerym w naszej opowieści. Nie było tu żadnej autocenzury, wycinania, koloryzowania, zmieniania, czy kreowania zdarzeń na potrzeby osób, które będą to oglądać, dlatego trudno tu w ogóle mówić o jakimkolwiek przerysowaniu. Wręcz mogę powiedzieć o swoistym niedorysowaniu naszej sytuacji, bo “Nasza klątwa” jest jedynie wycinkiem tego wszystkiego, przez co przeszliśmy.

Z jakimi dylematami mierzy się reżyser — ojciec, reżyser — mąż, reżyser ukazujący
i odkrywający przed widzem dużą część swojego życia? 

Nie jest to łatwe zadanie, ale w ogóle nie wyobrażam sobie tego filmu zrobionego inaczej. Nie mógłby nigdy powstać, gdyby pojawiła się w nim osoba z zewnątrz. Od początku wiedziałem, że aby stworzyć ten film, to właśnie ja muszę pełnić tę podwójną funkcję reżysera i bohatera. Wcale nie chciałem być bohaterem tego filmu, ale by wiernie oddać naszą historię musiałem się nim stać, bo inaczej byłyby to zmagania samotnej matki z chorobą syna, a nie o tym miał być ten film. Mierzyłem się oczywiście z wieloma dylematami. Po pierwsze, z byciem jednocześnie twórcą
i tworzywem. Człowiek jest bohaterem i stara się zachowywać tak naturalnie jak to tylko możliwe, ale równocześnie w tyle głowy wie o tym, że to jest nagrywane, że musi czuwać nad całym procesem kręcenia filmu. Drugim problemem jest dylemat, kiedy tak naprawdę chwytać za kamerę. To dotyczy przede wszystkim roli ojca, bo w sytuacjach trudnych ważniejsza była dla mnie ta rola, a kwestia filmu pozostawała sprawą drugorzędną. W moim filmie jest ostatecznie tylko jedna taka sytuacja, w której bardziej stałem się reżyserem niż ojcem i mężem. Mianowicie jest to scena, kiedy moja żona płacze. To właśnie był moment najbardziej problematyczny, kiedy po prostu nie wiedziałem, czy mam ją pocieszać, czy wziąć kamerę i zacząć kręcić. Trzecim dylematem był oczywiście  montaż. Był kolejną trudną rzeczą, w której już w ogóle musiałem odłączyć się od sytuacji życiowej i musiałem potraktować ten film jako opowieść o dwóch bohaterach filmu dokumentalnego, który zrobiłem i przestać myśleć o nim, jak o własnej historii. Mimo tego, na końcowym etapie pojawiła się dodatkowa montażystka. To ona potrafiła obiektywnie spojrzeć na “Naszą klątwę” i wyciąć zbędne i niepotrzebne powtórzenia, z którymi ja nie miałem odwagi sam zrobić porządku, bo wszystkie wydawały się dla mnie zbyt ważne emocjonalnie.

“(…) choroba jest bardziej oswojona, ale nie zaakceptowana.”

W jaki sposób dokonywał pan “selekcji” scen, czyli co chce pan pokazać, co uznaje pan za potrzebne w filmie, a co uważa pan za zbyt intymne, osobiste? W jaki sposób przebiegał ten proces?

Dylemat, czy sceny są zbyt intymne w ogóle nie istniał. Założyłem od początku, że tutaj w ogóle nie mogę się kierować tym kryterium, więc wszystko polegało na tym, żeby jak najlepiej ułożyć spójną historię. Jeżeli jakaś scena została usunięta z filmu, to nie dlatego, że była zbyt emocjonalna, a raczej dlatego, że była ciałem obcym. W kinie chodzi o to, żeby opowiedzieć historię
w minimalnej liczbie scen bez zbędnych powtórzeń, równocześnie angażując widza emocjonalnie.

Czy film dokumentalny wydawał się dla pana od początku jedynym właściwym sposobem opowiedzenia własnej historii? Czy dłuższa forma nie byłaby lepsza, można by dodać trochę patosu, podkoloryzować rzeczywistość, wprowadzić wielowątkowość?

To było naturalne, że to będzie dokument. Moim obowiązkiem jako dokumentalisty było po prostu udokumentowanie mojej historii. Fakt, że trwał tyle, ile trwał wynikał z tego, że po prostu na pewnym etapie stwierdziliśmy, że nie chcemy już się dalej kręcić, że ten etap jest za nami. Dla nas kręcenie było swoistą formą terapii, sposobem nadania temu procesowi głębszego sensu, zrozumienia, że jest w nim twórczy pierwiastek. Świadomość, że mamy możliwość robienia czegoś kreatywnego z tą sytuacją pomogła nam, ale w pewnym momencie doszliśmy do nie tyle akceptacji, a raczej pogodzenia się z losem i stwierdziliśmy, że musimy zacząć żyć tak normalnie jak to tylko możliwe. Naturalnym krokiem było odłożenie kamery. Trudno żyć normalnie i jednocześnie rejestrować każdą chwilę. Nie zakładałem, jaki to ma być metraż,  po prostu wyszło, że najlepiej opowiedzieć tę historię w tych dwudziestu siedmiu minutach. Koloryzowanie w ogóle mnie nie interesowało. Chciałem być po prostu uczciwy wobec naszej historii.

Ale chyba nadal mają państwo potrzebę rejestrowania, bo przecież prowadzą państwo blog Leosia? Czy internet jest najlepszym sposobem dokumentowania życia?

Blog powstał około rok po urodzeniu Leo w wyniku zachęt mnóstwa naszych znajomych, którzy bardzo chcieli wiedzieć, co u nas słychać, a nie chcieli nas nieustannie męczyć mailowo czy telefonicznie. I to oni nas namówili. Ja na początku byłem przeciwnikiem tego pomysłu, ale w pewnym momencie blog stał się naturalną kontynuacją filmu. Nasza historia żyje dalej, ludzie ją czytają i śledzą jej losy. Cały czas się zastanawiamy, w którym momencie przestać opowiadać o niej w internecie. Póki Leo jest jeszcze mały, nie ma problemu, ale nie chcemy, żeby miał do nas
w przyszłości pretensje, że za bardzo upubliczniamy jego życie.

Czy w trakcie tworzenia filmu nie bał się pan, że Leo nie chciałby w przyszłości zobaczyć siebie w filmie o nim samym, że będzie miał pretensje do pana, że był sposobem pana ekspresji artystycznej? 

(śmiech) Po pierwsze, Leo w momencie kręcenia “Naszej klątwy” miał pół roku, więc nie wyobrażam sobie, żeby mógł mieć jakiekolwiek pretensje do nas. Po drugie, to my jesteśmy bohaterami “Naszej klątwy”, a nie Leo. On jest tylko pretekstem do opowiedzenia tej historii. To my się obnażamy, a nie on. Po trzecie, ja się bardzo cieszę, że będziemy mogli obejrzeć ten film kiedyś razem, kiedy Leo będzie już starszy. Bardzo chciałbym, żeby on zobaczył przez co my przeszliśmy na początku, nie w kontekście obwiniania go za cokolwiek, ale żeby wiedział, że nam też było trudno. Człowiek dość egocentrycznie podchodzi do swoich sytuacji, swoich chorób, myśli często, że jest to tylko jego problem. Rzadko zastanawia się nad tym przez co muszą przechodzić jego najbliżsi.

Co daje nominacja do Oscara?

Nominacja do Oscara przede wszystkim daje większe zainteresowanie filmem. Chociaż ten film jeździł po wielu festiwalach i zdobył dużo nagród, to tak naprawdę nominacja do Oscara sprawiła, że cały świat zainteresował się “Naszą klątwą”, począwszy od mediów skończywszy na przeciętnych widzach. Kiedy film został udostępniony na stronie New York Timesa za darmo, to w pierwszym tygodniu miał ponad milion odsłon. To nie jest kwestia samego filmu, tylko tego, że to właśnie Oscary przyciągnęły widzów. Poza tym, jako twórca stałem się rozpoznawalny. To był mój pierwszy film, kręciłem go jeszcze w szkole. Z osoby zupełnie nieznanej stałem się reżyserem, którego nazwisko jest kojarzone. Ale najważniejszą rzeczą, którą dała nam ta nominacja było poczucie sensu. Cała droga, którą przeszliśmy nabrała znaczenia. Droga, która zaczęła się poczuciem totalnej beznadziei, poczuciem końca wszystkiego, doprowadziła nas parę lat później do czerwonego dywanu. Jest dowodem na to, że wszystko jest możliwe, że wszystko można pokonać. Nigdy nie przyszło nam do głowy, że ta cała historia zakończy się w takim miejscu. “Nasza klątwa” i oscarowe zamieszanie wokół niej spowodowało, że cała społeczność osób związanych z tą chorobą zaczęła się jednoczyć i to właśnie dzięki naszemu filmowi Amerykanie postanowili utworzyć fundację CCHS (congenital central hypoventilation syndrome — zespół wrodzonej ośrodkowej hipowentylacji), fundację założoną przez rodziców, która zaczęła zbierać pieniądze, które będą przeznaczone na finansowanie badań nad lekiem na klątwę Ondyny. My też z Magdą
i inną mamą chorego dziecka założyliśmy polską fundację CCHS, której celem jest pomaganie chorym w Polsce, szerzenie świadomości, szczególnie odnośnie diagnostyki, bo tak naprawdę największy problemem jest brak świadomości. Liczba chorych na klątwę Ondyny jest znacznie zaniżona. Wielu chorych umiera bez rozpoznania, ponieważ nie wszyscy lekarze mają świadomość istnienia takiej choroby. Na przykład w RPA zanotowano pierwszy przypadek klątwy Ondyny
w Afryce. Rodzice chorego dziecka napisali nam, że to właśnie dzięki naszemu filmowi zaczęli zastanawiać się, czy ich dziecko nie cierpi właśnie na tę chorobę. Niezwykle dużo niesamowicie pozytywnych rzeczy wyniknęło z tego filmu. To wszystko by się nie wydarzyło, gdyby nie nominacja do Oscara.

Dla nas kręcenie było swoistą formą terapii, sposobem nadania temu procesowi głębszego sensu, zrozumienia, że jest w nim twórczy pierwiastek.

Czyli ma pan swoistego rodzaju świadomość misji, misji uświadamiania swoich widzów po pierwsze, że istnieje w ogóle taka choroba, po drugie, że chorym potrzebne są środki, których państwo nie chce im zapewnić?

Czy misję? Ja nigdy nie miałem potrzeby tej misji, ona zrodziła się samoistnie. Po prostu wiemy, że musimy ją kontynuować. Film był początkiem, a szereg innych działań pozafilmowych jest już kolejnym etapem.

Na początku naszej klątwy pojawia się stwierdzenie, że Leo i jego choroba to takie fajne wyzwanie w życiu pana i pana żony? Czy po kilku latach to stwierdzenie jest nadal ironiczne? Czy może choroba z czasem przestaje być wyzwaniem, a staje się elementem codzienności,
z którym po prostu trzeba żyć i nie ma innego wyjścia? 

Fajne nie jest, nigdy nie było i nigdy nie będzie. Wyzwanie? Jest to wyzwanie, nie oszukujmy się. Jest to wyzwanie losu, jest to test dla nas jako rodziców, dla naszego związku. Teraz, kiedy Leoś ma już pięć lat, choroba jest bardziej oswojona, ale nie zaakceptowana. Cały czas mnóstwo jest wyzwań, za każdym razem na innych płaszczyznach, na których człowiek czasami nie pomyślałby, że może pojawić się jakikolwiek problem. Nasze życie nadal jest ciągłą walką, ale powoli, małymi kroczkami posuwamy się do przodu i jest coraz lepiej.

Tomasz Śliwiński — absolwent Gdyńskiej Trójki. Nominowany do Oscara w kategorii Najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny w 2015 roku za swój debiut “Nasza klątwa”. Film opowiada historię jego i jego żony zmagających się z chorobą swojego synka, Leo. Leo choruje na niezwykle rzadką klątwę Ondyny, czyli zespół wrodzonej ośrodkowej hipowentylacji. Osoby chore mogą doznać zatrzymania oddechu we śnie. Każda noc stanowi dla nich wyzwanie. Tomasz Śliwiński razem ze swoją żona, Magdą Hueckel prowadzą blog (www. leoblog. pl), na którym opisują dalsze losy ich rodziny.

Tekst po raz pierwszy wydrukowany w wydaniu 2#magazynutrójki.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s