Kto nie chce arabów

Szlachetne, eleganckie, z charakterystycznym profilem pyska – dzięki tym i innym przymiotom konie czystej krwi arabskiej zyskały całe rzesze wielbicieli. W małej polskiej gminie Janów Podlaski znajduje się prawdziwa mekka końskich entuzjastów. Ale czy przetrwa zmianę władz?

Dominika Walecka

Słyszał o niej chyba każdy, nie tylko miłośnicy jeździectwa. Z blisko dwustuletnią tradycją, jest źródłem dumy hodowców i kolebką najdroższych i, jak mówi wielu, najpiękniejszych koni na świecie. Mimo całego swojego dorobku, stadnina koni arabskich w Janowie Podlaskim po latach rozkwitu przeżywa kryzys.

Zaczęło się w październiku zeszłego roku. Padła Pianissima, jedna z najbardziej utytułowanych klaczy czystej krwi arabskiej w historii tej rasy. Jej rodowód można było prześledzić wiele pokoleń wstecz, a od nagród, które zdobyła, uginały się półki. Klacz wyceniano na miliony euro. Mimo to, nie udało się jej uratować. „Choroba Pianissimy przyszła nagle, niespodziewanie i miała wyjątkowo ostry przebieg. Pomimo błyskawicznej reakcji obsługi i lekarzy nie udało się pokonać praw natury, którym podlegają zarówno zwierzęta, jak i ludzie, niezależnie od kondycji finansowej” – takie słowa padają w oświadczeniu, którego współautorem jest Marek Trela, obecnie były dyrektor stadniny. To on został obarczony odpowiedzialnością za śmierć klaczy i w konsekwencji odwołany ze stanowiska.

Potem przyszła kolej Prerii i Amry – obie należały do Shirley Watts, żony słynnego perkusisty The Rolling Stones. Jedna z klaczy była źrebna, druga już urodziła. Obie wraz
z młodymi miały pozostać w Janowie. Jednak zamiast źrebaków, przyszłych championów – pojawili się prawnicy z aktami oskarżenia. Niedługo znikać zaczną także inne konie, bo żaden właściciel nie chce ryzykować zdrowiem wierzchowca w stadninie, w której wypadki chodzą od boksu do boksu, pod ramię z teoriami spiskowymi.

Janowa na pewno nie wolno spisywać na straty. To nie jest pierwszy raz, kiedy zła passa dotyka jedną z najsłynniejszych stadnin na świecie. Od momentu założenia w 1817 roku za zgodą cara Aleksandra, kiedy była pierwszą stadniną państwową na ziemiach Polski, przechodziła z rąk do rąk, aż na początku XX wieku wszystkie konie zostały wysłane do Rosji, skąd już nie wróciły. Po odzyskaniu przez kraj niepodległości, nadeszły długie lata rewitalizacji i odbudowy stadniny. Już od początków istnienia janowskie konie wysyłano do różnych części świata, od Azji po Amerykę. Wojna zabrała większość dorobku hodowców, łącznie ze zwierzętami, ale ci zrobili wszystko, by przywrócić świetność stadniny. Sytuacja ustabilizowała się w latach 50., a niecałe 20 lat później rozpoczęto trwającą do dziś tradycję corocznych aukcji koni czystej krwi arabskiej, przynoszącej hodowcom ogromne zyski.

Jeśli chodzi o władze stadniny, bywało różnie: jedni lepsi, drudzy gorsi. Marek Trela zaliczał się bez wątpienia do tych pierwszych. Dlaczego? Cokolwiek nie zostałoby powiedziane
o ostatnich aferach związanych z Janowem, Trela doskonale znał swoją pracę. W stadninie arabów zaczynał w latach 80′ jako lekarz weterynarii; kilka lat później został hodowcą.
Na stanowisko prezesa powołano go w 2000 roku. Były prezes znał życie koni i ich właścicieli od podszewki, a dzięki jego pracy Janów rozkwitał.

Ale co zrobić, gdy następnego dnia w telewizji wieloletni hodowcy słyszą nowego prezesa, Marka Skomorowskiego, radośnie chwalącego się, że pierwszy raz w życiu udało mu się otworzyć w stajni boks…

Teraz dla Marka Treli lata pracy na stanowisku dyrektora Janowa Podlaskiego pozostały tylko wspomnieniem. Sam prezes w wywiadach odnosi się do sytuacji dość chłodno, lecz na portalach społecznościowych sypią się pełne oburzenia petycje w jego obronie a także wszystkich zwolnionych z zarządów stadnin w Janowie i Michałowie. Protestujący określają powody zwolnień mianem absurdu, od „braku odpowiedniego nadzoru hodowlano-weterynaryjnego „po”dopuszczenie przez zarządy obu stadnin do pobierania przez zagranicznych kontrahentów większej liczby zarodków niż dopuszczają to polskie regulacje”. Ale co zrobić, gdy następnego dnia w telewizji wieloletni hodowcy słyszą nowego prezesa, Marka Skomorowskiego, radośnie chwalącego się, że pierwszy raz w życiu udało mu się otworzyć w stajni boks… Nowy zarządca stadniny, z zawodu urzędnik, bez wstydu przyznaje, iż nie ma żadnego doświadczenia w pracy z końmi i pozostaje niewzruszony wobec otwartej krytyki hodowców. „Powierzono mi zadanie uporządkowania należącego do państwa przedsiębiorstwa” mówi Skomorowski w jednym z wywiadów, zapominając, że stadnina to nie fabryka aut, a opieka nad koniem wymaga znacznie większego obycia niż operowanie maszyną czy sprawne posługiwanie się komputerem.

Czy do wszystkiego musimy mieszać politykę? Zwłaszcza teraz, kiedy może to doprowadzić do upadku jednego z najpiękniejszych dorobków Polski? „Stadniny koni to nie fermy niosek, hodowla – szczególnie koni arabskich – wymaga prawdziwego kunsztu”, czytamy
w jednej z mnożących się w zastraszającym tempie petycji internetowych. Stwierdzenie bolesne i prawdziwe, nie tylko dla samych zwierząt. Hodowla koni czystej krwi arabskich
w Janowie przynosi zawrotne zyski. W zeszłym roku padł kolejny rekord – klacz Pepita pojechała do Szwajcarii za, bagatela, 1,4 milionów euro, a takie ceny nie są niespotykane
na corocznej aukcji „Pride of Poland”. „My tych rekordów nie chcemy bić, bo my nie chcemy się pozbywać najlepszych koni. W tym roku daliśmy bardzo dobrą stawkę i dostaliśmy bardzo dobre ceny. W stajni mamy jeszcze droższe konie „, powiedział po aukcji z 2015 Marek Trela w wywiadzie dla TVN24.

Janowskie araby nie są wyłącznie kwestią pieniędzy. To skarb na skalę narodową, tak samo znany i kojarzony z Polską jak Jan Paweł II czy Lech Wałęsa. Towarzyszą nam zbyt długo, byśmy tak po prostu mogli pozwolić na ich zniknięcie. Niewykluczone jest, że taki scenariusz będzie miał miejsce. Jeśli przypadki niespodziewanej śmierci będą się powtarzać, hodowcy zaczną zabierać swoje konie z Janowa i nie pomoże tu tworzenie teorii spiskowych. Nikt nie kwestionuje dobrych intencji obecnych członków zarządu stadniny. Jednak trudno uwierzyć, by urzędnik z Lublina, niemający żadnych doświadczeń z hodowlą czy nawet jeździectwem, miał być remedium na wszystkie problemy. Polityka to jedno,
ale jako państwo powinniśmy kierować się innymi wartościami, jak dobro zwierząt, zalety ekonomiczne sprawnie działającej hodowli i wreszcie dbałością o źródło narodowej dumy. Zwolnienie człowieka, którego znajomości wśród arabskich szejków pomagały efektywnie zasilać i udoskonalać hodowlę rasowych koni nie przyczyni się do dalszego rozwoju tego miejsca, a zrzucanie winy na wszystkich wokół tym bardziej nie rozwiąże problemu. Jednak wciąż jest nadzieja. Wystarczy tylko na chwilę zapomnieć o polityce i wykorzystać wiedzę fachowców, nieważne jakiej partii byliby zwolennikami.

 

Tekst po raz pierwszy wydrukowany w trzecim wydaniu #magazynutrójki.

Fot.: Violeta Pencheva, cc 2.0 nc by

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s