Wzór na piosenkę

[REPORTAŻ Anny Gierman]

Na jeden udany koncert przypada kilkanaście granych dla pustego klubu. „Czasem klimat jest złowieszczy, dokładnie tak, jak to przedstawiają w filmach”.

Ania Gierman

Zaczyna się bardzo niepozornie. „Kiedy byłam mała zobaczyłam plakat szkółki keyboardowej” – opowiada Zuza Cichocka, wokalistka Shadow Archetype. Jednak to nie umiejętność gry na instrumencie świadczy o przejściu przez granicę, po której można nazwać siebie muzykiem. Oczywiście jeśli rozumieć ten termin jako szerszy niż pojęcie zarezerwowane dla zawodowców. „Tak naprawdę muzykiem można się nazwać w momencie, w którym zaczyna się tworzyć własne utwory. To zupełnie inne doświadczenie od grania coverów” – dodaje. Inną opinię na ten temat ma Tomek Książek, uczeń szkoły muzycznej II stopnia. „Sztuką nie jest poprawne odtworzenie zapisanego utworu. Jest nią przekazanie wiadomości”. Żeby oddać istotę utworu i wywołać u słuchających konkretne uczucia, trzeba mieć ogromne wyczucie, które przychodzi po latach czynnego obcowania z muzyką. Perfekcyjne opanowanie instrumentu to podstawa. Jednak poprawność nie wystarczy –  trzeba nadać muzyce polotu, a to potrafi tylko muzyk. Niezależnie od tego, czy gra utwory własne, czy innych artystów. Według Marka Obuchowskiego, lidera Foretime, zostanie muzykiem to raczej przeżycie mentalne. Musi zapaść w głowie silna decyzja. Gdy już zostanie podjęta, czas zacząć działać.

Jeśli chce się grać w zespole, kolejny krok to znalezienie ekipy. „Prawdopodobnie, gdyby nie zespół, nie przyjaźniłabym się z tymi ludźmi” – mówi Zuza. „Oni są bardziej jak rodzina. Nawet jak się znienawidzimy i tak będziemy się trzymać razem”. Czasem relacje tworzą się nie między ludźmi, a między instrumentami. Nie trzeba znać dobrze drugiej osoby, żeby z nią grać. „Ludzie łączą się w chęci zagrania dobrze, niekoniecznie muszą mieć ze sobą coś wspólnego poza muzyką” –  twierdzi Tomek.  Jednak jeśli jest się w zespole, spędza się z jego współczłonkami masę czasu. Kiedy myśli się o karierze na poważnie, nawiązanie głębszej relacji staje się niezbędne. „Muzyka to emocje. Jak się kogoś zna lepiej, powie się mu otwarcie o czym jest dany tekst i dlaczego chcemy, żeby kawałek brzmiał tak, a nie inaczej” –  mówi wokalistka Shadow Archetype. Dobra znajomość drugiej osoby to też klucz do rozwiązywania konfliktów, które w zespołach mogą pojawiać się bardzo często. W końcu  muzycy to często indywidualiści. Podczas procesu twórczego ujawniają część siebie – część najbardziej intymną, bo związaną z uczuciami. To pod ich wpływem często zaczyna się tworzyć. Kłótnie nie muszą mieć jednak negatywnego wpływu na brzmienie. Czasem to właśnie one są momentem wywołującym najsilniejsze emocje. Można je wykorzystać w procesie twórczym.

Pierwsze lody przełamane, teraz trzeba wyjść do ludzi. Atmosfera robi się gorąca, bo wkraczamy w świat biznesu. A jak jest biznes, to muszą być i pieniądze. Zwykle to zespół proponuje  klubowi swój występ i musi za niego zapłacić. Można by pomyśleć, że to wyzysk. Sytuację wyjaśnia Zuza: „Występ w prestiżowym klubie to świetna promocja. Poza tym, klub załatwia realizatora, często też wynajmuje sprzęt. Jeśli dostajemy później pieniądze zarobione na biletach za nasz występ, to uważam, że wszystko jest w porządku”.  Rozgłoszenie wydarzenia należy wtedy do zespołu. Im więcej osób zachęci do przybycia, tym więcej zarobi. Nie jest to jednak prosta sprawa. Na jeden udany koncert przypada kilkanaście granych dla pustego klubu. „Czasem klimat jest złowieszczy, dokładnie tak, jak to przedstawiają w filmach.” – mówi Marek. „Bywa, że po koncertach towarzyszy nam smutek czy wręcz depresyjny nastrój”. Niska frekwencja i obskurny wystrój koncertowych wnętrz to jedno z największych wyzwań, jakie muzyczny biznes stawia przed tymi, którzy stawiają w nim pierwsze kroki.  „Jak widzę, że ludzie dobrze się bawią, mam w sobie więcej odwagi. Kiedy publika jest sztywna, to wiem, że jak do nich zagadam próbując rozluźnić atmosferę, nic z tego nie wyjdzie” – opowiada Zuza. Bycie liderem wiąże się z różnymi oporami. Trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby nie poddać się po pierwszych niepowodzeniach.

Można próbować je ominąć, biorąc udział w konkursach typu „Mam talent”. Programy, w założeniu mające pomagać ludziom w rozpoczęciu ich muzycznej kariery, tworzą jednosezonowy produkt niezdolny do samodzielnego utrzymania się w biznesie po zakończeniu edycji telewizyjnego show. Początkowe niepowodzenia młodych muzyków można traktować jako próby – mogą się przekonać, czy rzeczywiście chcą iść tą drogą. Osoby biorące udział w konkursach talentów pozbawiają się szansy na sprawdzenie, czy kariera muzyczna to rzeczywiście  ich bajka. W międzyczasie tracą swoją sceniczną osobowość, stając się towarem dostosowanym do aktualnych potrzeb publiki. „Po wzięciu udziału w takim programie ma się określoną reputację jako artysta. Poza tym to duży stres i wiele niesprawiedliwości. Jak tu porównywać dwóch wykonawców grających w zupełnie innym stylu?” – opiniuje wokalista Foretime.

Początkowe niepowodzenia młodych muzyków można traktować jako próby (…)

W opozycji do komercyjnych konkursów można postawić drogę do kariery opartą na samodzielnym zbieraniu muzycznych doświadczeń. Jednym ze sposobów na ich zdobycie jest udział w jam sessions, podczas których muzycy, którzy często nie znali się wcześniej, spotykają się, by razem improwizować na scenie. Poznaje się też przy tym dużo ludzi, co dla początkujących muzyków jest bardzo istotne. „Przemysł muzyczny to przemysł oparty na relacjach z innymi ludźmi. Od zawsze twierdzę, że nawet jeśli nie będziesz wirtuozem instrumentu, a innym muzykom będzie się z tobą wspaniale współpracować, będziesz dostawać mnóstwo propozycji wspólnego grania.” – twierdzi Klaudia Rucińska, uczennica szkoły muzycznej drugiego stopnia klasy perkusji. Podobną opinię reprezentuje Kacper Siemaszko, który w tym roku podjął się założenia i poprowadzenia szkolnego chóru – „Jestem wokalistą, a wokalista bez muzyków jest bardzo ograniczony”. Innym, ciekawym doświadczeniem są uliczne występy, podczas których dodatkowo można trochę zarobić. Chociaż, jak w przypadku koncertów w klubach, bywają lepsze i gorsze dni. Czasami na najczęściej uczęszczanych przez przechodniów szlakach zwyczajnie brakuje miejsca z powodu ilości chętnych do grania. Niektóre miasta wprowadziły z tego powodu różne ograniczenia. W części z nich wprowadzono opłaty albo wydzielono specjalne strefy dla muzyków.

Oprócz czysto organizacyjnych problemów, zostaje jeszcze kwestia samego brzmienia. Stosunkowo łatwy dostęp do sprzętu sprawił, że swoich sił w muzyce może próbować prawie każdy. Słuchając nagrań raczkujących zespołów, odnosi się czasem wrażenie, że ich muzyka brzmi jak setki już wcześniej słyszanych utworów. „Niektóre zespoły mają tylko jedną inspirację – jakiś konkretny zespół, na którym się wzorują. W efekcie ich twórczość jest tylko powtórzeniem tego, co już było” – taką przyczynę owego braku innowacyjności w muzyce podaje Marek. Zuza stara się czerpać inspirację z różnych źródeł: „Słucham muzyki z całego świata, szukam nowości. Chcę wykorzystać w moich utworach element zaskoczenia. Tworząc, staram się używać tych dźwięków, które nie przyjdą mi na myśl jako pierwsze”. Poszukiwanie własnego brzmienia może trwać latami. „Gramy już razem 2-3 lata i dopiero teraz nasza muzyka staje się rozpoznawalna. Słychać, że to Shadow Archetype, a nie mieszanka stylu różnych innych zespołów, na których się wzorujemy”. Bywa że zespoły na początku grają tendencyjnie. Innowacyjność przychodzi z czasem.

Pojawia się pytanie, czym tak właściwie jest innowacyjność. „Łatwo jest prześledzić historię muzyki i z różnych gatunków zrobić coś, czego jeszcze nie było albo podejść do tego czysto matematycznie. Można napisać wzór na idealną piosenkę, ale nie o to chodzi” – śmieje się Marek. „Trzeba mieszać to, co już było, z tym, co nowe. Na pewno jest już stworzona piosenka na każdy możliwy temat. Muzyk szuka sposobu, żeby przedstawić jakąś sytuację, uczucie w nowy sposób. Ważne, żeby tworzyć pod wpływem natchnienia. Muzyk powinien czuć wewnętrzna potrzebę, żeby napisać tekst na konkretny temat” – dodaje. Kolejnym ciekawym zagadnieniem jest klasyfikacja gatunkowa. I czy podczas poszukiwania nowych dźwięków jakaś stylistyka jest już passe. „Może się wydawać, że niektóre gatunki są już przestarzałe, ale to nieprawda. Muzyka ewoluuje, ulega przekształceniom pod wpływem różnych nurtów.” –  mówi Tomek. Zuza ma na ten temat podobne zdanie: „W muzyce wszystko się przeplata, stare gatunki wracają do łask”.

Podczas gdy stare i nowe formy wzajemnie się przenikają, na znaczne prowadzenie wśród muzycznych innowacji wychodzi w ostatnich czasach muzyka elektroniczna. Zdania na jej temat są podzielone. „Największy problem muzyki elektronicznej – zabija groove. Każdy instrumentalny utwór składa się z pewnych repetycji, a jednak nie gramy go cały czas tak samo. Komputer działa zerojedynkowo. Człowiek, nawet przez pomyłkę, trochę go zmienia. Perkusista raz uderzy mocniej, raz słabiej. Nie nagrywa jednego taktu i go nie zapętla, bo to brzmi nienaturalnie, żeby nie powiedzieć nieludzko” – mówi Marek. Muzyka komputerowa nie pozostawia miejsca dla człowieka na odciśnięcie na niej swojej nieidealnej natury. Można więc powiedzieć, że nie jest żywa. „Niektórzy uważają, że nie muszą znać historii muzyki, żeby tworzyć. To jest krzywdzące dla muzyków, którzy spędzili lata nad szlifowaniem gry, by wydawać z instrumentu jak najpiękniejsze dźwięki” – twierdzi Klaudia. „Dobrze, że korzystamy z nowości, ale róbmy to umiejętnie, nie lekceważąc dorobku naszych przodków”.

Istnieją gatunki eksperymentalne, które ciężko powiązać z czymkolwiek, co znamy z muzyki tworzonej do tej pory. Do takich należy glitch. Dosłowne tłumaczenie angielskiej nazwy to „krótkotrwałe zakłócenie”. Terminem tym można opisać utwory, których dźwięki powstają jako zakłócenie fal dźwiękowych. Można by się zastanawiać, czy tak właśnie będzie brzmieć większość muzyki popularnej w przyszłości. „Glitch jest oparty na dysonansach, które wzbudzają niepokój. Myślę, że to nie ma szans wejść do mainstreamu, bo ta muzyka jest po prostu nieprzyjemna dla niewprawionego słuchacza” – mówi Kacper. O muzyce przyszłości wypowiedział się też Michał Pestka, jeden z założycieli Tęczowych Warchlaków, który do muzyki podchodzi pół żartem pół serio: „Kluczem do odkrycia tego, jak będzie brzmiała muzyka przyszłości jest próba wyobrażenia sobie, jak będą myśleć wtedy ludzie, co będzie nimi kierowało, czego będę poszukiwać w muzyce. Nie jest to łatwe”.

Nawet jeśli może się wydawać, że wszystko już w muzyce zostało powiedziane, młodzi muzycy nie stawiają jeszcze kropki nad „i”. Technologia stwarza nowe możliwości, a historia uczy pokory. Jak zawsze, przetrwają najlepiej przystosowani do warunków zmieniającego się świata i muzycznych potrzeb publiki. Być może na to też moglibyśmy znaleźć matematyczny wzór, ale, jak powiedział jeden z rozmówców, nie o to chodzi.

Tekst po raz pierwszy wydrukowany  w wydaniu 2 #magazynutrójki.

Fot.: Kaleb Nimz, cc 2.0 by nc sa

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s