Człowiek z Granitu

[ESEJ o Podtatrzu]

Każdy coś wie o Podtatrzu i mieszkańcach tej krainy. Jest to jednak zazwyczaj wiedza podstawowa, pochodząca w wielkiej mierze z okresu nauczania początkowego. Ten artykuł sięgnie głębiej.

Paweł Sawicki

Zacznijmy od małego opowiadania w stylu „political fiction”. Wyobraźmy sobie mianowicie, że w okresie największych zawirowań politycznych Podhale postanawia odłączyć się i utworzyć samodzielne państwo o nazwie „Rzeczpospolita Zakopiańska”. Prezydentem zostaje bardzo znany pisarz. Odbywa się też wybór posłów do parlamentu. Szybko powstaje system prawny. Tworzy się też armia chroniąca obywateli. Po niespełna dwóch tygodniach Polska upomina się o swój południowy skrawek. W parlamencie młodego państwa wywiązuje się ostra dyskusja. Przeważają posłowie pragnący utrzymania niezależności, ale prezydent wetuje tę propozycję. Podhale wraca do Polski.

Kompletnie oderwana od rzeczywistości wizja doradcy politycznego po nocnej imprezie? Bynajmniej, to prawdziwe zdarzenia z października i listopada 1918 roku. Prezydentem był Stefan Żeromski. Wspominał później: „Sprawowałem ten niezapomniany, śmieszny i wzniosły urząd (oficjalnie Prezesa Rady Narodowej Rzeczpospolitej Zakopiańskiej, później przeważnie określanego jako Prezydenta) przez jedenaście dni (największej burzy dziejowej), gdy się mama Austria (w istocie monarchia austro-węgierska) waliła w guzy (zapewne raczej gruzy).” (Wtręty w nawiasach celem wyjaśnienia.) Czy jednak ten epizod półtoratygodniowej samodzielności okolic Zakopanego ma jakiekolwiek znaczenie? Historycznie – zapewne żadne, pomaga za to lepiej zrozumieć charakter Podhalan, co dla tej analizy jest nader istotne.

Wiadomo, jak mylne są wyobrażenia przeciętnego Polaka na temat górala, szczególnie podtatrzańskiego: strój jak z mglistych opowieści prababci, pogodę zna na pięć dni wcześniej, hoduje owce i koniecznie trzeba się do niego zwracać „baco” (to ostatnie jest chyba najbardziej absurdalne). Co więcej, mówi w mało zrozumiały sposób i głęboko wierzy w Boga. Prawda jest, jak łatwo się domyślić, nieco inna. Górale niekiedy chodzą w starych, odświętnych strojach, bo tego się od nich oczekuje; wyobrażenie Podhalanina gotującego kwaśnicę w takim stroju jest mniej więcej tak absurdalne, jak założenie smokingu w kuchni dla większości Polaków. W przewidywaniu pogody ludzie mieszkający pod Tatrami są zwykle nieźli, bo pogoda tam nieraz silnie wpływa na życie, ale z pewnością nie mają daru nieomylności. Jeżeli chodzi o owce… istotnie, kiedyś na Podhalu mówiono „kto ma owce, ten ma co chce”. Obecnie mówi się „kto ma owce, ten jest baran”, bowiem hodowla stała się kompletnie nieopłacalna. Baców, to słowo oznacza w istocie kierowników wypasu kulturowego, pozostało ośmiu. Gwara, choć pielęgnowana, ma coraz mniej wspólnego z żywym dialektem, ponieważ zbyt często styka się z językiem ogólnopolskim, w starciu z którym z oczywistych przyczyn nie ma szans. Na Podhalu odsetek chrześcijan praktykujących jest nader wysoki, ale o regule mówić nie można; monumentalny dowód przywiązania górali do wiary ojców stanowi krzyż na Giewoncie, który przecież trzeba było wnieść na górę.

Na razie odnieśliśmy się do kilku popularnych mitów o mieszkańcach Podtatrza. Jeżeli jednak chcemy zrozumieć genezę zjawisk i (o ile to możliwe) scharakteryzować owych mieszkańców, musimy cofnąć się głęboko do historii. Zastanówmy się więc, jak mogło wyglądać Zakopane sto pięćdziesiąt lat temu. Była to wioska zapomniana przez Boga i ludzi, do której jechało się trzy dni i trzy noce, często zmieniając muły (na konia wszak prawie nikogo nie było stać). Mieszkańcy nie chrzcili dzieci, bo do najbliższego kościoła było 25 kilometrów. W jedynej karczmie często przesiadywali zbójnicy. Zima trwała osiem miesięcy (w tej kwestii niewiele się zmieniło i dzisiaj), wszyscy byli biedni i zmarznięci. Wszystko, co się tam działo, było wypadkową tych przykrych okoliczności.

Weźmy na przykład „portki bukowe” – spodnie szyte z kilku grubych warstw zgrzebnego płótna, niekiedy wzmacniane kawałkami drewna, niekiedy ozdabiane najtańszym drukiem modrym. Co było ich główną zaletą i przyczyną popularności? Najważniejsze, że mogły wytrzymać absolutnie wszystko, poczynając od deszczu, śniegu, gradu i innych opadów atmosferycznych, kończąc zaś na ostrzale z broni palnej lżejszego kalibru. Niemal równie istotne były niskie koszta wykonania. Rzekome „piękno” tego ubioru nie miało żadnego znaczenia, jeżeli w ogóle ktokolwiek zwracał wówczas na to uwagę.

Innym ciekawym zagadnieniem jest kuchnia góralska. Każdy, kto interesował się nią choć trochę, zauważy, że składa się ona niemal wyłącznie z ziemniaków (nawet pieczywo jest ziemniaczane), kapusty i odpadów produkcji sera. Czy właśnie te niewyszukane wiktuały tak bardzo smakowały Podhalanom? Trzeba być naiwnym, aby tak myśleć. Prawda jest daleko bardziej przyziemna: nic oprócz ziemniaków i kapusty nie wyrasta na podtatrzańskich glebach. Z kolei ser (owczy oczywiście) był zbyt drogi, aby ubodzy mieszkańcy tego rejonu sami go spożywali, zatem musieli się zadowalać resztkami pozostającymi po procesie produkcji, do których zaliczyć można również legendarny oscypek.

Oscypek to istotnie kluczowy produkt kultury podhalańskiej. Zastanówmy się więc, dlaczego górale zajmowali się właśnie hodowlą owiec. Wyjaśnienie jest proste: jak już stwierdziliśmy, rolnictwo na tym terenie było mało opłacalne, ponieważ okazuje się, że w słabej glebie podhalańskiej w zasadzie nie mogą przeżyć rośliny zdatne do pobrania z nich energii przez człowieka. W wyższej części Tatr rozciągają się natomiast niewyobrażalnie olbrzymie przestrzenie hal – łąk wysokogórskich (stąd też nazwa Podhale: teren pod halami), pokrytych najrozmaitszymi rodzajami traw i roślin kwiatowych (warto wymienić szczególnie sit skucinę i bliźniczkę psią trawkę). Jak powszechnie wiadomo, człowiek nie jest w stanie uzyskiwać energii z tych gatunków roślin; zauważono jednak, że może to robić owca, a człowiek jest w stanie uzyskiwać energię z owcy. Jasne jest, że wobec pierwszego prawa zachowania energii musi to być mniej korzystne niż uzyskiwanie energii bezpośrednio z roślin; jest nawet gorzej – szacuje się, że straty energii podczas przejścia przez owcę

wynoszą 80–95%. Gdy się jednak nie ma innego wyjścia, korzysta się z tego. Owce wychodzą w góry w dniu świętego Wojciecha (23 kwietnia, redyk), wracają natomiast w dniu świętego Michała (29 września, osot lub redyk jesienny). W pozostałej części roku jest zbyt zimno, aby owce i pasterze mogli przeżyć wysoko w Tatrach. Taka metoda wypasu jest określana jako transhumancja (nie mylić z transhumanacją, czyli przekroczeniem człowieczeństwa).

Pierwszym proboszczem zakopiańskim był Józef Stolarczyk (sprawował tę funkcję przez niemal całą drugą połowę XIX wieku), kaznodzieja niezwykle charyzmatyczny. Potrafił przekonać do wiary katolickiej niemal wszystkich mieszkańców Zakopanego (jednym z kilku wyjątków pozostał stary gawędziarz Sabała, o którym będzie jeszcze mowa później). Co więcej, proboszcz był jednym z najwybitniejszych taterników swojej epoki, wśród jego sukcesów znalazło się między innymi pierwsze wejście na Baranie Rogi, ósmy najwyższy szczyt Tatr (2526 metrów nad poziomem morza). Był również bardzo silny i odważny. Znana jest opowieść o tym, jak wszedł do karczmy i wobec szerokiej publiczności zażądał od Wojciecha Matei, ostatniego herszta zbójników tatrzańskich, zaprzestania utrzymywania kochanek. Skończyło się to oczywiście bójką, z której obaj wyszli ciężko poturbowani. Podsumowując, niezwykle wysoki odsetek chrześcijan wśród górali podhalańskich jest prawdopodobnie spuścizną tych czasów. Innym wytłumaczeniem może być surowość i piękno tatrzańskiej przyrody, które powoduje (według wielu źródeł) nawrócenia oraz intensyfikację wiary u tych, którzy nawrócenia nie potrzebują. Bezpośrednio jest z tym związane silne przywiązanie górali do Polski: księża krzewili również tradycje patriotyczne. Opisane we wstępie efemeryczne państwo góralskie miało – co koniecznie trzeba podkreślić – ściśle polski charakter. Podejmowane później (w czasie II wojny światowej) intensywne próby germanizacji Podhalan spaliły na panewce, a główny kolaborant Wacław Krzeptowski zakończył życie na gałęzi w Dolinie Kościeliskiej. Wielu górali działało wówczas w podziemiu, zajmując się szczególnie przewożeniem ładunków i wiadomości przez Tatry. Do legendy przeszedł nieprawdopodobny wyczyn Józefa Uznańskiego: zaalarmowany w kolei na Kasprowy Wierch, że na górze czeka gestapo, skoczył w ponadstumetrową przepaść, przeżył lądowanie i uciekł pod gradem kul. Zmarł kilka lat temu; był niezwykle skromnym człowiekiem i nigdy nie udzielał wywiadów, co poważnie utrudniło historykom ustalenie dokładnego przebiegu zdarzenia. Również w późniejszych czasach (aż do dziś) większość górali podtatrzańskich była (jest) bardzo silnie związana z Polską; warto wiedzieć, że z tej przyczyny niepozbawione historycznego znaczenia spotkanie Jana Pawła II z Lechem Wałęsą (1983 rok) odbyło się w schronisku na Polanie Chochołowskiej (Tatry Zachodnie).

Tym pozytywnym akcentem zakończmy pierwszą część analizy. Już wkrótce następny numer, a w nim reszta artykułu; opiszemy między innymi zmiany, jakim podległo Podhale w wyniku interakcji z licznie przybywającymi turystami, a także scharakteryzujemy tamtejszą gwarę.

W poprzedniej części zostało już wyczerpująco wyjaśnione, jaka sytuacja panowała w Zakopanem i okolicach u progu ery turystycznej w trzeciej ćwiartce XIX wieku. Zagadnieniem dużo trudniejszym jest jednak wpływ przyjezdnych na Podhalan (i vice versa). Najważniejszą postacią z początku tej przemiany był doktor Tytus Chałubiński, którego zakopiańska działalność trwała w latach 1873–1889. Był to wybitny lekarz, który spopularyzował Zakopane jako miejscowość uzdrowiskową dla chorych na gruźlicę. Zważywszy na ówczesną epidemię gruźlicy, a także na to, że ludzie przyjeżdżali tam często z rodzinami i przyjaciółmi, spowodowało to ogromne zwiększenie popularności tego miasteczka. Wystarczy powiedzieć, że już po czterech latach działalności doktora pisano, iż „sprowadził do Zakopanego wielki zastęp turystów”. Był także wielkim propagatorem pracy u podstaw, za darmo leczył biednych ludzi. Propagował higieniczny tryb życia, dzięki czemu między innymi zredukował zachorowalność na cholerę w tym regionie. Co więcej, jako zapalony przyrodnik uczył myśliwych zamiłowania do natury i „nawracał” kłusowników, którzy w ten sposób stali się szybko najzacieklejszymi obrońcami zwierząt (należy tu wymienić przede wszystkim Macieja Sieczkę i Jędrzeja Walę starszego). Gdy umierał w 1889 roku, Podhale już nie przypominało tego, czym było kilkanaście lat wcześniej. Jego pracę pięknie podsumował Stanisław Witkiewicz: „On to zrobił, że górale znaleźli na koniec swoje zaklęte skarby, on to uczynił, że bezpłodne, dzikie, głuche doliny zawalone rumowiskami granitów, na których źdźbło trawy nie może się utrzymać, zakwitły takimi plonami, jak najżyźniejsza czarnoziema rola”. Na jego cześć nazwano Wrotami Chałubińskiego ważną przełęcz w głównej grani Tatr Wysokich (2022 metry nad poziomem morza).

Inną bardzo ważną postacią tej epoki był Sabała (właściwie Jan Krzeptowski), bajarz i pieśniarz góralski. W młodości zbójnik i kłusownik, uczestnik powstania chochołowskiego w 1848 roku. Przekonany przez Chałubińskiego do ochrony Tatr, częstokroć towarzyszył mu w wędrówkach, przygrywając wspinaczom na gęślikach (prymitywnych skrzypcach). Przyjaźnił się z najwybitniejszymi Polakami: Henrykiem Sienkiewiczem, Stanisławem Witkiewiczem, Ignacym Paderewskim, Tytusem Chałubińskim, Heleną Modrzejewską. Był ojcem chrzestnym Witkacego. Najsłynniejsze cytaty: „Jakim żeś mnie, Boże, stworzył, takimże mnie masz” (przytaczane w rozmaitych wersjach, niepodobna ustalić oryginalną, powiedzenie bardzo dziś popularne i mylnie przypisywane najrozmaitszym innym autorom); „W Pana Boga wierz, ale Mu nie wierz” (stosunek Sabały do religii przez całe życie pozostawał pełen dystansu, nad czym bardzo bolał opisywany już ksiądz Stolarczyk); „Byli kłopcy, byli, ale się minyli, i my się miniymy po malućkiej kwili” (warto zwrócić uwagę na swobodną odmianę przez strony: minąć – zakończyć istnienie, minąć się – umrzeć). Głównie na bazie rozmów z tym pieśniarzem Henryk Sienkiewicz potrafił zrekonstruować język staropolski, aby użyć go w „Trylogii” i „Krzyżakach”. Legenda przypisała Sabale umiejętność rozmowy ze szczytami górskimi, z czym z oczywistych przyczyn nie zgadzają się jednak historycy. Wspólny pomnik jego i doktora Chałubińskiego stoi w ścisłym centrum Zakopanego: choć lekarz stoi na wyniosłym postumencie, a muzykant siedzi pod spodem i gra na gęślikach, wszyscy nazywają monument pomnikiem Sabały.

Człowiekiem o ogromnym znaczeniu dla rozwoju Podhala był niewątpliwie także wspominany już kilkakrotnie Stanisław Witkiewicz (wybitny pisarz i poeta polski, ojciec Witkacego). Stał się prekursorem stylu zakopiańskiego. Rozumiał doskonale, że w momencie, gdy górale wzbogacą się dzięki turystom, stara architektura podhalańska straci rację bytu, a miejscowość upodobni się do każdego innego uzdrowiska górskiego od Szwajcarii po Rumunię. Rozumiał także, że liche, dwuizbowe zazwyczaj chaty podtatrzańskie o ostrych dachach i pochylonych ścianach, choć zdaniem przyjezdnych piękne, stanowiły przede wszystkim wynik biedy, a na ich „urodę” (kontrowersyjną zresztą) nikt nie zwracał uwagi. (Warto tu zwrócić uwagę na podhalańską specjalizację „mechanika optyka”, czyli – jak sama nazwa wskazuje… – człowieka „optykającego” ściany mchem, aby nie przeciekały.) Wymyślił zatem, w jaki sposób można w podobnym stylu i bez utraty „walorów zewnętrznych” budować domy tak, aby ktokolwiek zechciał żyć wewnątrz. Innym wielkim sukcesem Witkiewicza była książka „Na przełęczy” – opis ataku w stylu oblężniczym na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem (2307 metrów nad poziomem morza, najwyżej położona spośród dużych polskich przełęczy; obecnie styl oblężniczy jest stosowany głównie w Himalajach i Karakorum). Lektura tego dzieła pozwala uzyskać wiele informacji na temat turystyki tatrzańskiej, ówczesnych przewodników (w szczególności, jest to najbogatsze źródło wiadomości o Sabale). Plastyczne opisy piękna najwyższych polskich gór (Polska oczywiście wówczas nie istniała) ściągały w nie wielu turystów.

Dzięki pracy wielu ludzi, zwłaszcza opisanej trójki, na przestrzeni ćwierćwiecza Podhale wraz z mieszkańcami uległo poważnej i nieodwracalnej przemianie. Przemianę tę nie sposób określić jako niekorzystną; wprost przeciwnie, standard życia górali niepomiernie się podniósł. Trzeba jednak zrozumieć, że stare zwyczaje podhalańskie w wielkiej części były rezultatem biedy. Po takich zmianach musiały w pewnym sensie zawisnąć w próżni. Jeżeli – przykładowo – góral niegdyś jadł wyłącznie ziemniaki, bo nie byłoby go stać na nic innego, nie ma żadnego powodu, dla którego miałby jeść wyłącznie ziemniaki, kiedy stać go na kawior z ostrygami. Jeżeli – to inny przykład – góral niegdyś żył w chacie o rozmiarze 20m2 z najlichszego drewna, bo nie było go stać na nic innego, brak przyczyny, dla której miałby wciąż w niej żyć, gdy stać go na wspaniałą willę. Patrząc na zagadnienie w ten sposób, należałoby raczej się dziwić, że kultura podhalańska w ogóle przetrwała do dzisiaj. Paradoksalnie, stało się to dzięki turystom. Przyjezdni oczekiwali, że górale „będą się zachowywać jak górale”, więc mieszkańcy Zakopanego i okolic, którzy przecież turystom zawdzięczali dobrobyt, nie mogli czynić inaczej. Skoro więc turysta chciał jeść w karczmie kwaśnicę i placek ziemniaczany (bo tak jedzą górale), tubylcy (którzy sami jedzą nieraz całkiem co innego) chętnie podadzą mu te potrawy (i zażądają niebotycznej zapłaty). Zwyczaje podhalańskie trwają wobec tego głównie z przyczyn ekonomicznych. Gdyby nie ogromna liczba turystów, którym kojarzą się one jednoznacznie z Tatrami, wymarłyby prawdopodobnie ze szczętem już obecnie z powodu braku jakiejkolwiek przyczyny, dla której miałyby dalej istnieć. Na tej samej zasadzie zanikły niemal całkowicie lokalne tradycje w regionach takich jak Podlasie czy ziemia świętokrzyska (nie wspominając już o martwym etnograficznie Dolnym Śląsku).

Opisawszy istotę zjawisk kulturowych na Podhalu, można spróbować odpowiedzieć na pytanie: jacy, tak naprawdę, są tamtejsi górale? Być może w przeszłości byli przeciętnie silniejsi, wytrzymalsi, bardziej prawdomówni (i tak dalej…) niż reszta populacji, bowiem zmuszały ich do tego warunki przyrodnicze i ogromne trudności bytowe. Prawdę powiedziawszy, należy się dziwić, iż w ogóle ktokolwiek zamieszkiwał ten rejon pod Tatrami. Dzisiaj zaś większość tych czynników zanikła i pozostali – mogłoby się zdawać – ludzie tacy sami, jak wszyscy inni. Nie do końca jednak tacy sami. Przede wszystkim, niemałą rolę odgrywa dziedziczenie. Skoro dzisiejsi górale są potomkami najsilniejszych i najwytrzymalszych ludzi, siłą rzeczy muszą też być silniejsi i wytrzymalsi niż reszta populacji. Zagadnienie to ma jednak też ciemną stronę: niewielka liczba ludzi zamieszkujących Podhale powodowała, że przez wiele wieków (aż do dziś) nierzadkie były w tym regionie związki pomiędzy blisko spokrewnionymi ludźmi, co spowodowało częste występowanie chorób genetycznych. Typowa dla tamtejszych górali jest dziedziczna depresja. Warto pamiętać, że mieszkańcy Podtatrza ustawicznie obcują z tymi potężnymi górami, co może mieć pewien wpływ na charakter. Istotniejsza pod tym względem jest jednak niestabilna górska pogoda – dowiedziono, że wiatr halny skrajnie niekorzystnie oddziałuje na psychikę. Faktem pozostaje także, że Podhalanie są przeważnie bogatsi od innych Polaków (zarabiają na turystach), co niekiedy może się okazać nieobojętne dla ich osobowości. Reasumując, bez wątpienia górale nieco się różnią od innych, ale różnice te są o wiele mniejsze niż sto lat temu. Jedną z najwyraźniejszych jest to, że (przynajmniej niektórzy z nich) mówią gwarą.

Gwara podhalańska istotnie różni się od literackiego języka polskiego. Jest jedną z najlepiej zachowanych polskich gwar, choć stopniowo traci na znaczeniu wskutek rozpowszechnienia środków masowego przekazu oraz nauki ogólnopolskiej wersji języka w szkołach; proces ten jest nieuchronny. Gwara podhalańska istotnie różni się od języka przeciętnego Polaka. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na liczne słowa występujące tylko na tym terenie, najczęściej związane z górskimi zjawiskami, które nie występują w pozostałej części kraju. Do takich słów należą: „ciupaga” (połączenie czekanu i toporka), „perć” (trudna do przejścia górska ścieżka wydeptana przez zwierzęta – w nazwach szlaków turystycznych: „Orla Perć”, niekiedy nazywa się też „Kozią Percią” szlak na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem), „watra” (ognisko w szałasie pasterskim), „moskal” (placek ziemniaczany). Liczne są zapożyczenia z innych języków, szczególnie słowackiego, niemieckiego, czeskiego, węgierskiego i wołoskiego (prarumuńskiego): „frajer” (kochanek – zapożyczenie niepewne, może z niemieckiego przez słowacki (?) – sugerowałaby to pisownia tego słowa u Tuwima w opisie kolekcji figurek: „Ach, moja wdzięczna panieneczko, / Janosikowa freireczko, / co mi cię przysłał ksiądz z Niedzicy”), „pościel” (łóżko – ze słowackiego), „przehyba” (wąskie przejście, szczególnie między skałami – staropolskie, wtórnie ze słowackiego lub czeskiego, dopuszczalna również pisownia przez „ch”), „honiylnik, juhas, baca” (odpowiednio: pomocnik pasterza, pasterz, kierownik pasterzy – z węgierskiego), „przysłop” (przełęcz – z wołoskiego), „Koperszady” (Miedziane Doły – z niemieckiego). Wyraźne są różnice gramatyczne. W pierwszej osobie liczby pojedynczej występuje śladowy aoryst (typ czasu przeszłego zanikły w języku ogólnopolskim w późnym średniowieczu): „miołek” (miałem). Istnieje pluralis maiestaticus, czyli wykanie: „Babko, coście robili?”. Pojawiają się nietypowe łączenia przyimkowe, często stosowany jest przyimek „ku”. W końcówkach czasownika „ować” zamiast „ywać”. Czasownik „być” w czasie teraźniejszym zanika. „Ty” w dopełniaczu i bierniku przyjmuje formę „tobie”. Z częstego powtarzania się nazwisk na tym niewielkim obszarze wynikł zwyczaj tworzenia nazwisk łączonych (od nazwiska ojca i nazwiska matki, na przykład Gąsienica-Byrcyn, Bachleda-Curuś) i nazwisk patronimicznych (dodatkowo od imienia ojca, na przykład Gąsienica-Tomków). Największe i najtrudniejsze do opisania są różnice fonetyczne. Najważniejszą z nich jest mazurzenie: „sz” przechodzi w „s”, „cz” w „c”, „ż” w „z”; koniecznie trzeba pamiętać, że mazurzeniu nie podlega „rz”. W wypadku międzywyrazowego zetknięcia głoski dźwięcznej i bezdźwięcznej zachodzi udźwięcznienie, a nie (jak w języku ogólnopolskim) ubezdźwięcznienie. „Ch” często przechodzi w „k”, z kolei „k” może przechodzić w „f”. Bardzo charakterystyczny jest tak zwany „archaizm podhalański”: wymowa typu „s-iba” zamiast „szyba”, „z-iwy” zamiast „żywy”, „c-itać” zamiast „czytać”. „E” na niektórych pozycjach zmienia się w „y”, natomiast „a” (rzadziej) w „o” (w istocie są to tak zwane głoski pochylone, pozostałość występującego niegdyś w polszczyźnie iloczasu). Występuje akcent inicjalny: na pierwszą sylabę, licząc od początku słowa. Dostrzegalna jest różnica pomiędzy wymową „ó” a „u” – „ó” jest bardziej zbliżone do „o”. Wyraźnie zaznacza się odmienność „h” i „ch” – „h” jest wymawiane z wibrującą krtanią (podobne zjawisko zachodziło na Zabużu). Wśród najstarszego pokolenia górali niekiedy jeszcze występuje „ł” przedniojęzykowe (bardzo trudne do wymówienia, zbliżające się do „l”; język ułożony w łódeczkę). Wobec tych wszystkich różnic wielkie trudności sprawia poprawny zapis słów podhalańskich, trzeba używać różnych dodatkowych liter i nie ma co do nich jednoznacznych ustaleń. Pomimo to omawianą gwarą próbowali się posługiwać w swoich utworach najwybitniejsi polscy pisarze i poeci, wśród nich Henryk Sienkiewicz („Sabałowa bajka”) i Kazimierz Przerwa-Tetmajer (dylogia „Legenda Tatr”). Oto piękny wiersz tego ostatniego.

Ku mej kołysce leciał od Tatr
o skrzydła orle otarty wiatr,
o limby, co się patrzą w urwisko –
leciał i szumiał nad mą kołyską.

I w serce moje na zawsze wlał
tęsknot do orlej swobody szał
i tę zadumę limb, co się ciszą
wielką objęte w pustce kołyszą.

Nasyciwszy się poezją, trzeba dokonać krótkiego podsumowania zawartych w dwóch częściach artykułu informacji. Podhale w ciągu ostatniego półtora wieku uległo nieodwracalnym przemianom, których źródłem był narastający strumień turystów. Przemiany te należy uznać za pozytywne, ponieważ wykorzeniły panującą tam straszliwą biedę. Trzeba jednak wiedzieć, że w ten sposób większość podtatrzańskich zjawisk kulturowych straciła rację bytu. Są one kultywowane w wielkiej mierze z powodu oczekiwań przyjezdnych. Grozi im, że zmienią się w ten sposób we własną karykaturę: nieświadomość turystów dotycząca właściwego kształtu tradycji musi w tej sytuacji spowodować odkształcenie samych tradycji. Jedynym sposobem zapobieżenia narastaniu tej niekorzystnej tendencji jest kształcenie samych zwiedzających Podhale, aby ich oczekiwania były właściwe. Właśnie taki był główny cel niniejszego artykułu.

Tekst po raz pierwszy wydrukowany (w dwóch częściach) w wydaniach 3. i 4. #magazynutrójki.
Po lewej obraz Owce we mgle Stanisława Witkiewicza (domena publiczna)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s