O hasztagu jako narzędziu zmiany świata

Kamil Aftyka i Laura Lenkiewicz próbują odgadnąć, co siedzi w głowie człowieka ery Facebooka.

Myślenie czarno-białe

Kamil: Takie jedno słowo chodzi mi po głowie: „dychotomia”. Gdy pąk górny widłaka — rośliny raczej prymitywnej — rozłazi się po równo na dwie strony, to wtedy mówi się na niego dychotomiczny. Jeśli powiem, że świeci słońce, to nie mogę powiedzieć, że ono nie świeci, bo wpadłbym w logiczny potrzask — albo jedno jest możliwe, albo drugie. To też dychotomia. Kreślenie dychotomii bywa pożyteczne, gdy chcemy coś gdzieś zaklasyfikować. Ten, co ma kręgosłup to kręgowiec, a więc już nie bezkręgowiec, który kręgów nie ma.

Mój znajomy, który ma na zdjęcie profilowe nałożony filtr w kolorze tęczy nie nałoży już w tym samym czasie filtra biało-czerwonego. I już wiem, do jakiej szufladki go wrzucić. Akcje takie jak nakładanie filtrów w odpowiedzi na ważne wydarzenie na świecie na potęgę wyzwalają w nas myślenie dychotomiczne — zgodzisz się?

Laura: To prawda. Dość oczywistym przykładem z niedalekiej przeszłości jest fejsbukowe wydarzenie “Wyślij wieszak Pani Premier”, dotyczące ustawy antyaborcyjnej. Zgromadziło ono dwadzieścia cztery tysiące uczestników z całej Polski, których łączyła chęć wyrażenia sprzeciwu wobec ustawy całkowicie zakazującej aborcję. Symbolem akcji został druciany wieszak, kojarzący się z najstraszliwszym i najbardziej prymitywnym sposobem usuwania niechcianej ciąży. Kolejną akcją, bezpośrednio związaną z opisanym przeze mnie wydarzeniem, był masowy ruch (szczególnie widoczny na Instagramie) — #popieramydziewuchy. Gwiazdy, gwiazdeczki, ludzie ze świata polityki i sztuki, szarzy Kowalscy, bez względu na wiek i płeć, publikowali swoje zdjęcia z białą kartką, na której widniało odręcznie napisane hasło #popieramydziewuchy. W ten sposób zapowiadali swój udział i zachęcali innych użytkowników mediów społecznościowych do wzięcia udziału w kwietniowej demonstracji „Odzyskać Wybór”.

Chyba każdy pamięta też dziesiątki postów i powiadomień znajomych, którzy zdecydowali się otwarcie wyrazić swoje poglądy na temat projektu likwidacji gimnazjów. I właśnie chyba w czasie tej dyskusji dychotomia była najbardziej widoczna. Użytkownicy dzielili się na tych na „TAK dla likwidacji gimnazjów” i na tych na „NIE dla likwidacji gimnazjów”. Fejsbuk wyraźnie dzieli społeczeństwo, nie zostawia miejsca na wątpliwości, sprawia, że definicja pewnych problemów społecznych może zostać zamknięta w trzyliterowych słowach. Zostaje pozbawiona odcieni szarości. Posługując się nadal tym samym przykładem, warto zauważyć, jak internetowe myślenie dychotomiczne wpływa na podział polityczny. Podejrzewam, że zwolennicy likwidacji gimnazjów często byli równocześnie zwolennikami nowego rządu, zaś przeciwnicy z pewnością nie głosowali na obecną władzę w październikowych wyborach.

Ty chyba wziąłeś udział w wydarzeniu przeciwko likwidacji gimnazjów.

Kamil: Wziąłem i, zdaje się, mój głos został usłyszany — o likwidacji gimnazjów na razie nie ma mowy… Choć wydaje mi się, że “udział” to za dużo powiedziane. Po prostu zobaczyłem, że jeden z moich znajomych założył takie wydarzenie na Facebooku, może kilka minut wcześniej zobaczyłem na newsfeedzie krytyczny artykuł odnośnie zmian w szkolnictwie i tak oto wykonałem to jedno kliknięcie. W ogóle to chyba jest tak, że większość akcji społecznych w ten sposób zdobywa dzisiaj posłuch, na zasadzie tak zwanej kaskady informacyjnej — postępowanie jednostki oparte jest na naśladowaniu tego, co robią inni, bez uwzględnienia własnego doświadczenia czy pragnień. Gdy wchodzimy do windy, zazwyczaj ustawiamy się w taki sam sposób, co inni pasażerowie — to taki mimowolny konformizm. Facebook to winda, która się nie zatrzymuje i do której wsiadamy za każdym razem, gdy się logujemy. Notabene, podręcznikowe przykłady kaskad informacyjnych można było obserwować podczas kampanii wyborczych Pawła Kukiza i Berniego Sandersa. Ten ostatni zdobył ogromną popularność wśród najmłodszych Amerykanów właśnie dzięki aktywności w mediach społecznościowych (w powszechnym użyciu, szczególnie po debatach telewizyjnych, był hasztag #feelthebern).

hasztag 2
Ilustracja: Ada Popovic

Mój strzał jest taki: to, że zero-jedynkowe opinie przewijają się przez media społecznościowe jest tylko objawem działania pod wpływem chwili i braku namysłu, które towarzyszą przeglądaniu Facebooka. Tylko że zdolności introspekcyjne i deliberatywne, za których brak tutaj w istocie strofujemy, nie są też szczególnie powszechne poza światem wirtualnym. I nie chodzi tu specjalnie o to, że sieć jest już nie do rozerwania z realem — po prostu intelektualna wygoda to rzecz ludzka, a przypadek lub jawna logiczna niekonsekwencja wpływa na wiele naszych decyzji, także tych politycznych. Słoneczna pogoda w czwartek, 23 czerwca może zadecydować, na którą stronę przechyli się szala zwycięstwa podczas referendum w Wielkiej Brytanii. Zresztą podobne obawy — nazwijmy je solarnymi — przewijały się w gronie publicystów różnej maści przed drugą turą wyborów prezydenckich, w których startowali #budyń i #bigos.

By było sprawiedliwie, trzeba dodać, że na stronach akcji takich jak “NIE dla likwidacji gimnazjów” pojawia się też sporo rzeczowych dyskusji, a więc i formuje się dzięki temu przestrzeń do debaty niekoniecznie powierzchownej. Nie za bardzo przemawia do mnie też to, że biorąc udział w jednym bądź drugim wydarzeniu zdradzało się tak jasno swoje inklinacje polityczne. Przecież ktoś, kto głosował na PiS, może nie zgadzać się z jedną z proponowanych przez tę partię reform. Chyba że uzna się, że wszyscy wyborcy PiS są bezkrytyczni wobec “swoich”…

Laura: No właśnie. Posłużyłam się uogólnieniem. Założyłam, że społeczeństwo da się bardzo łatwo podzielić na tych stojących po prawej albo po lewej stronie, może czasami w centrum. Użyłam generalizacji, bo Fejsbuk chyba trochę sprawia, że mój umysł zaczyna działać w ten sposób. Widzę pojedynczą informację, wysnuwam z niej pewnie dość pochopny wniosek i zamykam moich znajomych w szufladkach.

Kamil: „W erze social media powinniśmy bardziej przejmować się nie wolnością słowa, a wolnością myśli”.

Kamil: Moja hipoteza jest taka — zasada, że wszystko poprzedzone znakiem # jest zazwyczaj tym lepsze, im krótsze, nie znaczy koniecznie, że używanie hasztaga zubaża nasze myślenie. Tak samo ze 140 znakami — potrzeba formułowania myśli w zwięzłej formie od wieków bywała w cenie i to jest wyjście naprzeciw takim oczekiwaniom.

Laura: I tutaj nie mogę się z tobą zgodzić. Przez zwięzłą formę wiadomości, maksymalne zmniejszenie liczby słów, zasypanie nas tysiącami kolorowych obrazków nasze umysły zamieniają się we wrzące naczynia, z których co jakiś czas wylatuje troszeczkę wody. Jednak to tylko woda, czyli coś bez kształtu, bez definicji. Informacje, których nie jesteśmy w stanie połączyć, poukładać w sobie, a potem wykorzystać w życiu codziennym.

Kamil: Naturalnie nie wyobrażam sobie, by hasztagi i krótkie wypowiedzi czy tak zwane staby (ang. stubs, powierzchowne teksty), mogły zastąpić ogół ludzkiej komunikacji.

Badania American Press Institute (API) pokazują na przykład, że teksty liczące powyżej 1,2 tysiąca słów wywołują u internautów o 23 proc. większe zaangażowanie niż robią to krótkie komunikaty, są też — wbrew pozorom — chętnie czytane. Aleksandra Karasińska, zastępca redaktora naczelnego tygodnika “Newseek”, swojego czasu w komentarzu dla wirtualnemedia.pl stwierdziła, że z jej doświadczenia w pracy w serwisie internetowym pisma wynika, że nie ma związku między długością tekstu a jego popularnością. Te materiały, w których znajduje się niewiele treści mogą na chwilę przyciągnąć odbiorcę, ale są bardzo krótko wyświetlane i nie wywołują wielu reakcji. Z innej strony mamy oczywiście przepychanki polityków i dziennikarzy w skondensowanej formie na Twitterze albo akcje społeczne, które wymagają udostępniania zdjęć schorowanych zwierząt z przypiętym hasztagiem, odpowiednim do okazji. Różnorakość form komunikacji jednak nie zamarła — i dlatego jestem daleki od konstatacji tak dramatycznych jak twoja.

Podkreśliłbym natomiast jedną rzecz. Poświęciliśmy dużo czasu na nakreślenie tego, jaka mentalna zmiana zachodzi w człowieku ery mediów społecznościowych, ale trzeba jasno powiedzieć, co stanowi problem. Nie do końca precyzyjne jest stwierdzenie, że dychotomiczne myślenie wspiera tworzenie się podziałów na “moich” i “obcych”. Wydaje mi się, że taki schemat myślenia przede wszystkim wywołuje w człowieku wrażenie istnienia takich podziałów. Jednak to samo przez się wcale nie jest takim sobie szkopułem.

Kamil Rakocy we współpracy z Sotrender Research Team postanowili sprawdzić po ubiegłorocznych wyborach prezydenckich, do jakiego stopnia polski internet był podzielony na dwa obozy — PiS i antyPiS. Wyszło na to, że rzeczywiście ogromna liczba osób, która polajkowała fanpage „Marszu Niepodległości” na Facebooku, jednocześnie aktywnie reagowała na posty publikowane na innych stronach z tego samego politycznego spektrum. Podczas kampanii wyłoniły się dwa bieguny. W ramach ciekawostki można dodać, że Rakocy, obserwując ruch w sieci, wydzielił tak naprawdę nie dwie, a trzy kategorie nieneutralnych profili na Facebooku – prawicowe, antypisowe oraz… profil Biedronia. Ci bowiem, którzy lajkowali profil tego polityka, zachowywali się w sieci inaczej niż pozostałe dwie grupy. Ot, taki socjometryczny fenomen.

Najważniejszy wniosek z analizy Rakocego jest jednak inny. Tylko dwadzieścia procent użytkowników Facebooka angażowało się w sporach na profilach, które jasno identyfikowały się z danym obozem. I to tylko ta część “suwerena” w ten sposób zaszufladkowała siebie jako należącą do któregoś z plemion. Kiedy skrolujemy po newsfeedzie wydaje się, że sporo jest treści emocjonalnych i wyraźnie puszczających oko do jednej ze stron konfliktu politycznego, tyle że w istocie jest to efekt działania małej garstki osób. W październiku na warsztatach dziennikarskich w Trójce pokazywałem materiał opracowany przez redakcję Vox, w którym pytano nowojorczyków o ich poglądy dotyczące aborcji (można go cały czas odszukać na YouTubie). Większość mediów społecznościowych wyzwala w nas myślenie dychotomiczne, ale nie wzmaga podziałów aż tak mocno, jak można by spodziewać się na pierwszy rzut oka.

Jak język ewoluuje dzięki mediom społecznościowym

Kamil: Do języka potocznego weszło określenie „lajk”. Już nawet w Słowniku Języka Polskiego PWN możemy znaleźć jego definicję. Kiedyś oznaczało nazwę przycisku-kciuka na Facebooku, dzisiaj jego użycie nie ogranicza się tylko do Internetu. Myślę, że jeszcze ciekawszy wpływ na nasz język mogą mieć nowe ikony, „reakcje”, które narodziły się nie tak dawno jako nowe ulepszenie Facebooka.

Laura: Wyobraź sobie tylko przyszłe onomatopeiczne społeczeństwo, które w rozmowie zaczyna używać fejsbukowego „Wrr” w celu wyrażenia złości, wściekłości, braku akceptacji. Zresztą już teraz znam osoby, które posługują się słynnym odzwierciedleniem emotikonki XD w języku mówionym.

Kamil: Jest jeszcze jedno. Kiedy czasami spolszczamy niektóre wyrażenia z języków obcych albo wymyślamy nowe słowa, to zwykle dlatego, że czegoś nam w tym polskim brakuje. Może to być kwestia smaku albo braku odpowiedniego słowa na myśl, którą chcemy komuś możliwie najprecyzyjniej, a więc i najskuteczniej zakomunikować. Ale jaką funkcję pełnią emotikony i reakcje? Jeśli widzę post, w którymś ktoś sypie sążnistymi obelgami na autora tekstu z „Financial Times” o Kaczyńskim, a pod nim reakcję znajomej — „Wrr”, to nie jest w stu procentach oczywiste, czy złości się ona na dziennikarza czy tego, kto temu dziennikarzowi wypomniał zakłamanie. Oczywiście wystarczy jeden klik, by przypomnieć sobie, że zdarzyło się znajomej mieć wcześniej filtr biało-czerwony i wszystko jasne… A może zbadajmy, co znaczą poszczególne reakcje w rękach różnych internautów. Kiedy lajkujesz rzeczy?

Laura: Bardzo często daję lajka postom o filmach, które widziałam albo chciałabym zobaczyć, artykułom, które przeczytałam i mi się podobały. Takim zwykłym rzeczom, które mi się podobają. Dużo rzeczy „lubię”. Czasami pewnie trochę bezsensownie, tylko po to, żeby pokazać, że w jakiś sposób coś do mnie przemawia albo nie. „Lajkuję” czasami tylko dlatego, bo mam wrażenie, jakbym zostawiała po sobie taki wirtualny uśmiech. A ty?

Kamil: Ja pewnie wtedy, gdy chcę zaznaczyć, że jakiś komentarz jest ważny i zyskał moją sympatię — przynajmniej na poziomie retorycznym.

Laura: Lajk dla wielu moich znajomych to świadectwo tego, że gdzieś byli.

Kamil: Takie znakowanie terenu. A miałaś okazję korzystać z nowych „reakcji”?

Laura: Jak dotychczas tylko chyba z „Super”, bo ma serduszko. To chyba taki wyższy poziom aprobaty, taki mocniejszy lajk.

Kamil: Ja „Super” na razie ograniczam do postów „Magazynu Trójki”, ale może w przyszłości się rozwinę. Choć nie wiem, czy zdobędę się na przykład na „Wrr”, bo to jednak trochę za łatwy sposób podzielenia się złością z innymi. A poza tym, co ludzie mogą pomyśleć, że jakiś niewyżyty jestem.

Laura: Łezka („Przykro mi”) z kolei to wyjście z problemu reagowania na post o czyjejś śmierci. Lajk byłby raczej nie na miejscu. Sam Mark Zuckerberg w momencie wprowadzenia nowych emotikonów napisał w fejsbukowym poście: „Nie każdy moment w naszym życiu jest szczęśliwy. Czasami człowiek chce się podzielić swoim smutkiem i żalem. Nasza społeczność długo prosiła o przycisk „Nie lubię tego”, ale nie dlatego, że ludzie chcieli się powiedzieć swoim przyjaciołom, że nie lubią ich postów, a raczej dlatego, że chcieli wyrazić swoją empatię i podzielić się dużo szerszym spektrum emocji”. Czyli według twórcy Fejsbuka nowe „reakcje” wzbogacają nasze wirtualne życie. Czujesz się bogatszy wewnętrznie, wiedząc, że twój znajomy zaśmiał się z danego postu lub się zezłościł, czytając go?

Kamil: Wiadomo, że nie o duchową satysfakcję w tym chodzi, a raczej o to, by te narzędzia komunikacji były wygodne i atrakcyjne w użyciu. By pożałować czyjejś śmierci, niektórzy pisali „RIP”, czyli „spoczywaj w pokoju” (z angielskiego „rest in peace”). To wyglądało żałośniej niż łezka, choć myślę, że i tak, jeśli już chce się wspomnieć zmarłego, może to zrobić w sposób mniej leniwy. Wyłączając jednak sytuację tak skrajną jak czyjaś śmierć, cały czas wydaje mi się, że i hasztagi, i reakcje zwyczajnie stanowią dodatkowe narzędzia w komunikacji międzyludzkiej. Wpływają też na formowanie masowego języka i masowych wyobrażeń. Trzeba tylko pamiętać, że z automatu nie da się tego określić jak coś złego, szczególnie, gdy jest się samemu w środku takich zmian.

W Orlando miała miejsce raptem tydzień temu jedna z największych strzelanin w najnowszej historii USA. Trochę chłodnego osądu wymuszę, mimo że cały czas trwa żałoba. Jakie reakcje w Internecie?

Laura: Na fejsbukowej tablicy dużo postów. Dużo hasztagów #PrayForOrlando, #Orlandoshooting, #loveislove. Na Twitterze jeszcze więcej natychmiastowych reakcji: „Nie mogę w to uwierzyć. Nie rozumiem. Szczególnie w takim wesołym miejscu?! Czuję się okropnie. Spójrzcie. #Nienawidząc nienawiści”. Tragedie jednoczą w zbiorowym smutku internetowym.

Kamil: A taki przyjmuje potężne rozmiary. Łezka w oku i kaskada informacyjna robią swoje.

Wolność słowa, wolność myśli

Laura:  Wolność słowa w internecie to pojęcie dość oczywiste. W końcu, mogę się schować za (nie)swoim zdjęciem profilowym, słowami ludzi dużo mądrzejszych ode mnie albo wulgaryzmami. Nikt mnie nie widzi, nikt nie jest w stanie skontrolować. Co najwyżej zablokować konto.

Laura: „Fejsbuk działa tak: widzę pojedynczą informację, wysnuwam z niej pewnie dość pochopny wniosek i koniec końców zamykam moich znajomych w szufladkach”.

Kamil: Ano właśnie. Po atakach na redakcję „Charlie Hebdo” Mark Zuckerberg pisał, że zależy mu na budowaniu serwisu, na którym będzie można dzielić się swoimi opiniami bez żadnych ograniczeń — szczególnie strachu przed agresją i przemocą. Na wolności słowa Facebookowi zależy dość mocno — choć słyszę czasami historie, że czyjeś konto zostało niesłusznie zablokowane, bo algorytm rozpoznał umieszczenie na ścianie (ang. wall) impresjonistycznego portretu nagiej kobiety jako rozpowszechnianie pornografii.

Myślę, że w erze social media powinniśmy bardziej przejmować się nie wolnością słowa, a wolnością myśli. Dwie klasyczne dystopie, na które uwielbiają powoływać się anglofońscy myśliciele — „Rok 1984” i „Nowy wspaniały świat” — kolą tak mocno, ponieważ rozrysowują wizję świata, w którym nie muszą nad wytworami myśli majstrować cenzorzy. Powód raczej prozaiczny — potencjalnie niebezpieczna dla (uwaga, ograne słowo) systemu myśl nawet nie myśli się narodzić. Jeśli polegamy na newsfeedzie jako głównym źródle informacji, za cenę wygody i rozrywki pozbawiamy się ciut kontroli nad naszą własną myślą.

Laura: Ostatnio serwis internetowy Gizmodo postanowił pokazać użytkownikom Fejsbuka, w jakim stopniu treści, które widzą na swojej tablicy są zmanipulowane. Portal opublikował artykuł, w którym byli pracownicy imperium Zuckerberga mieli za zadanie zapobiegać temu, żeby prawicowe posty pojawiały się w najpopularniejszych sekcjach Fejsbuka. Tak było w przypadku informacji docierających do użytkowników pochodzących z CPAC (Conservative Political Action Conference). Pracownicy byli podobno również zmuszani do sztucznego wprowadzania wybranych historii do sekcji najpopularniejszych wiadomości. Ten incydent stawia użytkownikowi Fejsbuka pytanie, ile jeszcze takich treści, o których nigdy zapewne się nie dowie, jest przed nim ukrywanych.

Kamil: Nie dowie się nawet jeśli nie zachodzi żadna bezpośrednia ingerencja w dobór treści ze strony administratorów tej czy innej strony. To algorytm zaprojektowany przez małą grupkę osób, a przez to noszący znamię arbitralności, dobiera nam na swoich zasadach treści, które widzimy po zalogowaniu. Poziom zachmurzenia czy ogólny nastrój powodują, że nasze wybory są po części dziełem przypadku. Algorytmy chętnie to wzmagają.

Tekst po raz pierwszy wydrukowany w wydaniu 4 #magazynutrójki.
Fot.: Gerry Gaffney (CC 2.0 by sa nc)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s