Połączenie światów

„Zawsze lubiłem pracować z ludźmi, którzy nie grają profesjonalnie, tylko traktują grę bardziej jako odkrywanie siebie, eksplorowanie swojego wnętrza” — mówi Kaweh Modiri, reżyser filmu „Bodkin Ras”, zdobywcy Nagrody Głównej podczas festiwalu Netia Off Camera.

 

Laura Lenkiewicz: Oba pana filmy, krótkometrażowy „Mój włamywacz i ja” i pełnometrażowy debiut „Bodkin Ras” opierają się na prawdziwych historiach. Czy historie pochodzące z życia zwykłych ludzi są materiałem na najlepszą fabułę?
Kaweh Modiri: To są zazwyczaj historie, których nigdy nie byłbym w_stanie sam wymyślić. Dają mi możliwość, by w oryginalny sposób połączyć je z fikcyjną linią fabuły. Pozwalają mi odkrywać ich nowe aspekty, nieustannie modyfikować i dzięki temu, tworzyć całkowicie nowe rzeczy.

„Bodkin Ras” bawi się dwoma gatunkami i płynnie je łączy. Czy nie miał pan wątpliwości, że płaszczyzna fikcyjna i dokumentalna nie będą współgrać i film straci swój początkowy potencjał?
Oczywiście, że tak mogło się stać. Takiego efektu bała się chyba cała ekipa pracująca nad filmem. Ale podczas procesu tworzenia „Bodkina Rasa” wierzyłem, że uda nam się uzyskać zamierzony efekt. Jednak kłamałbym, gdybym powiedział, że ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl pytanie, co się stanie, jeśli mój pomysł okaże się porażką. Elementy ryzyka i szansa porażki motywowały mnie do pracy, a próba znalezienia równowagi pomiędzy formą filmu fabularnego i dokumentalnego okazały się inspirującym wyzwaniem.

Czy od samego początku wiedział pan, że połączy właśnie te dwa gatunki?
To połączenie było częścią pierwotnego pomysłu, który zrodził się podczas przypadkowych odwiedzin w szkockim miasteczku Forres, gdzie rozgrywa się akcja filmu. To tam spotkałem ludzi, których historie zdecydowałem się opowiedzieć. Wywarły na mnie ogromne wrażenie i potem już się potoczyło. Napisałem historię fikcyjnego bohatera, Bodkina Rasa, który przybywa do malutkiej, odizolowanej od świata miejscowości. Jest w niej kimś obcym, intruzem. Scenariusz był gotowy, ale by film zrealizować musiałem raz jeszcze pojechać do Forres.

„Bodkin Ras”

— nagrodzony zarówno przez Jury Młodych, jak i przez Jury Konkursu Głównego drugi film Kaweha Modiriego, holenderskiego reżysera i pisarza irańskiego pochodzenia. Bodkin przyjeżdża do obcego miasteczka w Szkocji. Zamknięty w sobbodkin ras posterie, małomówny, z wrogim spojrzeniem. Obcy. Chce stać się częścią zamkniętej, małej społeczności. Robi to, co każą mu inni. Przyjmuje zaproszenia. Związuje się z dziewczyną, z którą ładnie wygląda. Wyraża wdzięczność, kiedy nakazują tego zasady dobrego wychowania. Akceptuje swoją codzienność. Fikcyjna linia fabularna zostaje płynnie połączona z filmem dokumentalnym, którego fundamentem są historie mieszkańców miasteczka Forres. Zapomniani ludzie miasteczka są alkoholikami. W nałogu topią smutki, w wódce znika przeszłość, w upojeniu liczy się chwila. Bodkin poznaje historie, które skrywa w sobie miasteczko. Miasteczko, w którym ukrywają się smutne historie, przemilczane śmierci, zapomniani ludzie. Bodkin nie wtapia się w tłum. Wyróżnia się. Nie pasuje do reszty. Bodkin chyba czasami odzywa się w każdym z nas.

 

Jak wygląda praca z prostymi ludźmi, którzy nie chodzą na co dzień do kina, nie czytają książek? Czy przeszkadza to w procesie tworzenia filmu, a może ułatwia go, sprawiając, że wszystkie jego elementy stają się szczere i naturalne?
Byłem naprawdę szczęśliwy, pracując z aktorami amatorami. Zresztą od zawsze lubiłem pracować z ludźmi, którzy nie grają profesjonalnie, tylko traktują grę bardziej jako odkrywanie siebie, eksplorowanie swojego wnętrza. Cała idea gry aktorskiej opiera się przecież na improwizacji, na byciu otwartym na wyzwania i odkrywanie nowych rzeczy. Miałem jednak dość duże szczęście, jeśli chodzi o bohaterów „Bodkina Rasa”, ponieważ wszyscy okazali się niezwykle autentyczni, sprawiając, że niektórzy widzowie pod koniec seansu dziwili się, że w filmie pojawił się tylko jeden profesjonalny aktor.

O ile więcej czasu zajęła praca z amatorami, w dodatku alkoholikami, niż zajęłaby, gdyby udział brali zawodowi artyści?
Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia. Właściwie tylko dwa albo trzy ujęcia musiały zostać powtórzone. To pewnie dlatego, że szybko nauczyliśmy się, jak pracować z takimi ludźmi i jak działają pewne mechanizmy ich zachowań. Poza tym, umieściłem fabułę w ich własnym miasteczku, więc nic nie było dla nich całkowicie obce. Ufali nam.

No właśnie. W swoim filmie ukazuje pan wiele tragicznych wydarzeń, smutnych doświadczeń z życia mieszkańców Forres. Jak udało się panu zdobyć ich zaufanie, sprawić, że zdecydowali się otworzyć do takiego stopnia przed kamerą, przed obcymi ludźmi?
Zajęło mi to dużo czasu. Odwiedzałem Forres regularnie od 2007 roku, czyli przez dziewięć lat. Pub „Orzeł”, który bohaterowie filmu odwiedzają codziennie, cieszy się złą sławą. Jest miejscem, którego ludzie starają się unikać. Moje postaci pochodzą z marginesu społecznego. Inni ludzie zwyczajnie się ich boją. W 2011 roku razem z małą grupą przyjaciół udaliśmy się do Forres i zaczęliśmy rozmawiać z nimi. Staraliśmy się nie oceniać, po prostu z nimi przebywać, powoli budować relację. Okazali się bardzo otwartymi i kochanymi ludźmi. Zadawaliśmy im pytania, których nikt wcześniej im nie zadawał. Zainteresowaliśmy się ich historiami. Te wszystkie rzeczy sprawiły, że zrozumieli, że chcemy zbudować z nimi pewną relację, zrozumieć ich. Otworzyli się przed nami w głównej mierze dzięki sposobowi, w jaki do nich podeszliśmy.

Kaweh Modiri: „Nigdy nie chciałem stworzyć manifestu wszystkich uchodźców”.

Pana film może być bardzo łatwo włożony w kontekst polityczny. Czy nie miał pan w pewnym momencie ambicji, by stworzyć swoistego rodzaju zbiorowy głos imigrantów, w szczególności, że sam jest pan uchodźcą politycznym?
Nigdy nie chciałem stworzyć manifestu wszystkich uchodźców. Po pierwsze, mieszkam w Holandii od piątego roku życia. Moja ojczyzna jest dla mnie nieistniejącym domem, którego nigdy tak naprawdę nie byłem mieszkańcem. To uczucie pozwala mi znajdować ten dom w różnych miejscach świata, widzieć go jako system połączonych ze sobą historii i miejsc. Moje doświadczenie bycia uchodźcą jest nieco odmienne, patrzę na ten problem z całkowicie innej perspektywy, choć nadal czuję więź z imigrantami. I to chyba dlatego nie chciałbym publicznie wyrażać swoich poglądów politycznych, wyraźnie ich przedstawiać. Dla mnie jest to bardzo złożone, osobiste doświadczenie, ale nie mam potrzeby się nim dzielić ze światem.

Czy widz może znaleźć choć iskierkę szczęścia w małym miasteczku Forres?
W „Bodkinie Rasie” ukazuję cierpienie i tragiczne historie, ale wydaje mi się, że można znaleźć tam też dużo specyficznego poczucia humoru, tak charakterystycznego dla mieszkańców Forres. Ludzie są w stanie śmiać się z najstraszliwszych rzeczy i to jest coś, co chciałem pokazać. Ostatnio przeczytałem piękne zdanie, pochodzące z uzasadnienia waszej nagrody. Napisaliście, że „Bodkin Ras” znajduje życie w oczach osób, dla których przestało ono istnieć w momencie przekroczenia pewnego baru. Myślę, że wasze słowa definiują to, co chcę pokazać w mojej twórczości.

Dużo osób narzeka, że fikcyjna oś pana filmu jest zbyt prosta, szczególnie jej zakończenie. Dlaczego nie chciał pan rozwinąć jej bardziej?
Od początku wiedziałem, że to improwizacja będzie stanowić dużą część filmu. Bardzo długo pracowałem nad scenariuszem, powstały dziesiątki jego wersji. Osiągnięcie równowagi było bardzo trudne i jednym z powodów, dla których płaszczyzna fikcyjna jest taka a nie inna, jest pragnienie pozostawienia miejsca dla swobodnego rozwoju prawdziwych bohaterów. Gdyby było inaczej, język filmu okazałby się niezrozumiały i niespójny.

Czy zakończenie historii jest ostateczne? Czy daje ono nadzieję dla Bodkina? Czy może istnieje wiele różnych scenariuszy jego historii?
Wydaje mi się, że zakończenie pozostawia historię otwartą. Zostawia dużo pola dla własnej interpretacji widza. Zmusza go do samodzielnego zdecydowania o losie Bodkina. Większość bohaterów tego filmu popełniła wiele błędów w_swoim życiu. Teraz są już starsi, zmierzyli się ze swoimi demonami w przeciwieństwie do głównego bohatera. Nie chciałem tłumaczyć wszystkiego widzowi. „Bodkin Ras” jest filmem, który zabiera się ze sobą do domu, który wypełnia człowieka pytaniami, na które powinien odpowiedzieć sobie sam.

Michal Lichtanski 13
Fot.: Michał Lichtański/Materiały prasowe

„Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno jest uzbierać pieniądze na nakręcenie swojego debiutu pełnometrażowego”.

 

Oprócz bycia reżyserem filmowym jest pan również pisarzem. Czy te dwie dziedziny nierozerwalnie łączą się ze sobą czy są całkowicie inne?
Obie opowiadają pewną historię, która najpierw musi powstać w mojej głowie. Największą różnicę między pisaniem i reżyserowaniem stanowi właśnie ten proces formowania. Tworzenie filmu jest społecznym procesem. Od samego początku trzeba ciągle rozmawiać z ludźmi, a na efekt końcowy nie składa się tylko to, co powstaje w twojej głowie, ale bardziej sposób, w jaki komunikujesz się z ludźmi. Pisanie jest zupełnie inne. Musi nadejść okres, kiedy siadasz przed komputerem w całkowitej samotności i nie ma nic oprócz twoich myśli i świata, który w nich powstaje. To proces wewnętrzny. W tym sensie pisanie i reżyserowanie są zupełnie inne, ale oba są w zasadzie po prostu budowaniem historii. Na początku, kiedy zaczynałem swoją profesjonalną pracę twórczą, dużo osób mówiło mi, że niemożliwe jest połączenie tak różnych od siebie dziedzin. Chciałem im za wszelką cenę pokazać, że uda mi się to zrobić.

Co było pierwsze? Film czy literatura?
Bez wątpienia literatura. Pisanie zawsze było fundamentem, który chciałem eksplorować na wszystkie możliwe sposoby, sprawić, by trochę wymknął się spod kontroli w różnych sytuacjach. Nadal jest moją podstawą, mimo tego, że teraz zajmuję się bardziej filmami niż książkami. Myślę, że na tę chwilę po prostu potrzebuję tego bardziej.

Co dalej? Jak pan zamierza wykorzystać wygraną na festiwalu Netia Off Camera?
Pracuję teraz nad kilkoma filmami. Jeden z nich to bardzo osobisty film fabularny, który pojawi się w kinach pewnie za około pięć lat. Kolejny to film dla holenderskiej telewizji. Planuję również nakręcić film w Polsce, dzięki pieniądzom, które otrzymałem od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. To zajmie pewnie jeszcze trochę czasu. Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno jest uzbierać pieniądze na nakręcenie swojego debiutu pełnometrażowego. Proces znajdowania finansowania okazuje się często niezwykle demotywujący i frustrujący. Cieszę się, że Off Camera zauważa ten problem i decyduje się wspierać najmłodszych filmowców.

Tekst po raz pierwszy wydrukowany w wydaniu 4 #magazynutrójki.

Czytaj więcej o Netia Off Camera 2016:

— Relacja Laury Lenkiewicz, członkini młodzieżowego jury tegorocznej edycji konkursu

— Wywiad z Jakubem Czekajem, twórcą pełnometrażowego Baby bump, przewrotnej opowieści o dorastaniu

Reklamy

One Comment Add yours

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s