Kino braku [TYLKO ONLINE]

[RECENZJA „Zjednoczonych Stanów Miłości”]

Podczas Festiwalu w Berlinie Wasilewski został okrzyknięty polskim mistrzem narracji. Już od pierwszych kadrów powoli wprowadza bohaterki w świat przedstawiony, subtelnie odkrywając ich imiona, historie i relacje między nimi.

Laura Lenkiewicz

Reżyser łączy losy czterech kobiet, umiejscawia ich historie
w przełomowym momencie dla Polski. Jako jeden z nielicznych decyduje się spojrzeć na upadek komunizmu z perspektywy zwykłego człowieka, który bardziej niż walką o wolność przejmuje się szarą rzeczywistością.

W „Zjednoczonych Stanach Miłości”nie widać krwi przelanej
w obronie za ojczyznę, nazwisko Wałęsy pojawia się tylko w dźwiękach sączących się z głośników radia i telewizorów, a zaangażowanie polityczne bohaterów ogranicza się do bycia biernymi obserwatorami świata pokazywanego na ekranie. Wasilewski próbuje sprawić, by widz bardziej niż na szerokim kontekście historycznym, skupiał się na dostrzeganiu subtelnych zmian w życiu bohaterek. Nauczyciele języka rosyjskiego masowo tracą pracę,
a językiem obcym nauczanym w szkole staje się angielski. Mężowie wracają z lepszego świata – Niemiec Zachodnich, a podróże poza granicę blokowiska przestają wydawać się odległym marzeniem.

36880_3

Jest 1990 rok. Agata, Iza, Renata i Marzena to cztery przypadkowe kobiety, uśrednione Polki przełomu historycznego. Komunizm upadł, jednak w ich życiu nie zmieniło się praktycznie nic. Agata (Julia Kijowska) żyje od piętnastu lat w małżeństwie, w którym słowo miłość straciło już dawno znaczenie. Namiętność przeżywa
się na ciasnym materacu dusznego mieszkania, a wszelkie próby rozmowy kończą się opuszczeniem pokoju przez drugą osobę.

Agata w wolnym czasie chodzi do kościoła, gdzie może wpatrywać się w oczy księdza. Iza (Magdalena Cielecka) ma równo umalowane usta, które czasami układają się w chłodny uśmiech. Ma też kochanka i życie rozdarte na dwa światy.

Renata (Dorota Kolak) spotyka Marzenę (Marta Nieradkiewicz) na klatce schodowej. Przypadkiem upuszcza zakupy, rozlewa mleko
i prosi młodszą od siebie o czterdzieści lat kobietę o pomoc. Potem zaprasza ją na kolację do pokoju pełnego latających ptaków. Wasilewski nakreślił portret czterech kobiet w różnym wieku, których teoretycznie nie łączy nic oprócz szarej klatki schodowej prowadzącej do zamkniętych światów ich mieszkań. Zjednoczył je jednak wspólną przyszłością bez perspektywy
na odnalezienie miłości i postępującym brakiem wiary w jej istnienie.

Emocje bohaterek zostają skondensowane i zamknięte w ciasnych wnętrzach, na przyjęciach rodzinnych z kiełbasą i wódką w rolach głównych, podwórkach pozbawionych kolorów. Za drzwiami czterech wybranych mieszkań rozgrywają się dramaty, zamiecione pod dywan historie, ukryte pod powłoką wyuczonych uśmiechów
i grymasów twarzy. Większość kadrów w filmie odznacza się niezwykłym minimalizmem. Wygaszone kolory odzwierciedlają wnętrza bohaterek, które za dojmującym chłodem zewnętrznym chowają poranione wnętrza.

W  „Zjednoczonych Stanach Miłości” zupełnie tak jak
w nagrodzonych na Festiwalu w Gdyni  „Płynących wieżowcach” dużo wulgarnego seksu, miłości przeżywanej szybko i bezrefleksyjnie, obscenicznej nagości, które mimo swojego zamierzonego naturalizmu, nie wnoszą nic oprócz poczucia niesmaku. Wasilewski próbuje ukazać widzowi różne oblicza miłości, jednak pozostawia historie bohaterek bez zakończenia. Podobno miłości nie da wyjaśnić się racjonalnie, za pomocą kilku kadrów, stu minut w kinie i odrobiny udawania na ekranie. Jednak mimo wszystko nie mogę czasem oprzeć się wrażeniu, że pozbawienie historii bohaterek ich zakończeń jest zwykłą dziurą scenariuszową, brakiem pomysłu na ostatnie słowo, nowy wniosek. Historie czterech kobiet wyglądają bardziej na oddzielne etiudy filmowe, związane ze sobą tylko kilkoma scenami. Wasilewski bardzo stara połączyć się je w całość, jednak pozostawia widza zdezorientowanego liczbą poruszanych wątków.

 Za drzwiami czterech wybranych mieszkań rozgrywają się dramaty, zamiecione pod dywan historie, ukryte pod powłoką wyuczonych uśmiechów i grymasów twarzy.

Ukazane na ekranie kobiety noszą w sobie piętno braku. Brakuje im ciepła drugiego ciała, rozmowy z drugim człowiekiem, świadomości, że miłość zacznie kiedyś kiełkować w ich wnętrzach. Komunistyczny świat wokół nich uległ zmianie, a one pozostały
w miejscu, ze skostniałymi duszami i obezwładniającym poczuciem bezcelowości. Ziejące pustką wnętrza bohaterek sprawiają,
że podczas seansu  „Zjednoczonych Stanów Miłości” na widza spływają hektolitry smutku. Smutni są bohaterowie, smutne podwórka, dzieci, meblościanki, marne paprotki na pustych klatkach schodowych. Pozostaje tylko pytanie, czy ów smutek jest
w stanie dostarczyć widzowi czegokolwiek oprócz oczywistej dojmująco gorzkiej refleksji o miłości.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s