Muzyka — nie jaka, tylko jak? [WYDANIE 5]

[ARTYKUŁ Zuzy Wilk]

Państwowo czy prywatnie? Brzmi to jak horror pacjenta, decydującego czy zdrowie jest ważniejsze od pieniędzy. Jednak to pytanie nie dotyczy tylko tej grupy, ale także… muzyków. Dylemat, czy uczyć się gry na instrumencie w szkole muzycznej, w ognisku muzycznym, czy na lekcjach prywatnych jest towarzyszem młodych miłośników muzyki już od wielu pokoleń. W celu podjęcia świadomej decyzji, trzeba znać jej konsekwencje, a w tym przypadku rozróżniać oba systemy.

Gdy zdawałam do szkoły muzycznej miałam dziewięć lat i zdecydowanie nie wiązałam swojej przyszłości z muzyką, ale bardzo chciałam nauczyć się gry na pianinie. Nie byłam ani przerażona wizją nauki w drugiej szkole, ani zniechęcona liczbą zajęć, na które będę musiała uczęszczać, chociaż wiedziałam, że wiąże się to z odpowiedzialnością i ciężką pracą. Nauka w szkole muzycznej pierwszego stopnia trwa sześć lat (cykl dziecięcy) lub cztery lata (cykl młodzieżowy). To, gdzie po egzaminie wstępnym zostanie zakwalifikowany kandydat, zależy od jego wieku oraz od kryteriów danej placówki edukacyjnej.

Podczas pierwszych lat nauki miałam dwa przedmioty: instrument główny (dwa razy w tygodniu po trzydzieści minut) oraz kształcenie słuchu z rytmiką (dwa razy w tygodniu po sześćdziesiąt minut), na których poznałam nuty, wartości rytmiczne, interwały, gamy oraz pisałam dyktanda melodyczno-rytmiczne. Niestety, w moim przypadku przebieg nauki tego przedmiotu nie był do końca pomyślny, albowiem mimo dobrych chęci i zaangażowania pojawiły się ograniczenia, których nie umiałam przeskoczyć. Od trzeciej klasy szkoły muzycznej miałam problemy z pisaniem melodii i rytmów ze słuchu, a moja nauczycielka, która uświadomiła mi, że nie będzie już lepiej, sprawiła, że uczęszczanie na zajęcia stało się często niezwykle frustrującym, nieprzyjemnym obowiązkiem. Każda lekcja stresowała mnie, ponieważ przez kolejne trzy lata musiałam próbować rozpoznawać dźwięki. Aby zdać, zgadywałam, na zmianę patrząc w zeszyt koleżanki. Jedynym ratunkiem dla oceny końcowej były testy teoretyczne. Jednak nawet bardzo dobre wyniki za opanowanie zasad muzyki nie powstrzymały mojej nauczycielki od wstawienia mi na świadectwo dyplomowe jedynie oceny dostatecznej…

Od czwartej do szóstej klasy cyklu sześcioletniego i od drugiej do czwartej klasy cyklu czteroletniego zajęcia z instrumentu głównego trwają czterdzieści pięć minut. Osobom niegrającym na fortepianie przypada jeszcze raz w tygodniu czterdziestopięciominutowa lekcja gry na tym instrumencie. Każdego obowiązuje dziewięćdziesiąt minut w tygodniu wspólnego muzykowania w chórze, zespole (np. fletowym, skrzypcowym) lub w orkiestrze (np. gitarowej, symfonicznej), w zależności od instrumentu głównego.

Uczeń szkoły muzycznej nie nudzi się, a jego bardzo ograniczony czas wolny jest wypełniany licznymi wydarzeniami organizowanymi w ramach wcześniej wspomnianego chóru, zespołu lub orkiestry. Należą do nich między innymi koncerty kolęd lub przeglądy chóru, na których obecność jest obowiązkowa. Niepojawienie się na tego typu imprezach skutkuje przeważnie niższą oceną semestralną z przedmiotu.

Kolejnym przedmiotem są tak zwane audycje muzyczne, podczas których można nabyć wiedzę na temat budowy utworów, epok w muzyce, czy znanych kompozytorów. Zajęcie te odbywają się w cotygodniowym czterdziestopięciominutowym cyklu, a formą sprawdzającą są testy teoretyczne, czasami zawierające zadania słuchowe oceniane punktowo. Według mnie był to najuczciwiej oceniany przedmiot, ponieważ każdy miał wyrównane szanse, a stopień zależał bezpośrednio od liczby zdobytych punktów.

Lekcji było sporo, gdyż okazywało się, że w szkole muzycznej spędzałam przynajmniej trzy popołudnia i wieczory tygodniowo. Gdybym miała ułożyć swój idealny plan lekcji umieściłabym tam dwa razy w tygodniu sześćdziesięciominutowe lekcje fortepianu, raz w tygodniu czterdziestopięciominutowe zajęcia z kształcenia słuchu (ze znacznym ograniczeniem mojej pięty achillesowej, czyli dyktand melodyczno-rytmicznych, za to z rozszerzeniem zasad muzyki, które przydałyby się przyszłym kompozytorom), zostawiłabym czterdzieści pięć minut audycji muzycznych, a dziewięćdziesiąt minut chóru rozłożyłabym na dwie sześćdziesięciominutowe lekcje. Dlaczego takie zmiany? Zwykle na fortepianie brakowało mi czasu na zagranie całego programu za jednym razem, więc czasami jakiś utwór czekał na kolejną lekcję, a ja z braku konkretnych wskazówek nie pracowałam nad nim regularnie. Liczba godzin chóru zostałaby zmieniona ze względu na ból gardła, którego często doświadczałam po tak długim śpiewaniu. Ponadto, jako że lekcje były raz w tygodniu mogły się nie odbyć z powodu świąt lub nieobecności nauczyciela, co skutkowało brakiem progresu w ćwiczeniu materiału.

Inne mający doświadczenie ze szkołą muzyczną także zostali poproszeni o autorską modyfikację planu zajęć. „Myślę, że zmieniłabym większość lekcji, chociaż wszystko zależy od sposobu ich prowadzenia. W moim przypadku bardzo nie podobało mi się, że zarówno w mojej starej szkole muzycznej, jak i w obecnej, nie mam możliwości grania w zespole, ponieważ nie utworzono orkiestry gitarowej. Pozostaje mi tylko śpiewanie w chórze, za którym niestety za bardzo nie przepadam” — z żalem opowiada Julia Grajewska, obecnie uczennica drugiej klasy II stopnia szkoły muzycznej.

Aleksandra Będzińska ma na tę sprawę inne spojrzenie: „W spersonalizowanym planie zajęć na pewno nie umieściłabym kształcenia słuchu, ale wynika to z poprzednio nabytej awersji do nauczycielki. Na jej lekcjach nie nauczyłam się wiele, a jedynie odliczałam minuty do końca zajęć”.

Istnieje jeszcze inna forma nauki gry na instrumencie. Są nią lekcje prywatne, które odbywają się przeważnie raz w tygodniu i trwają od trzydziestu do sześćdziesięciu minut, w zależności od grafiku nauczyciela oraz możliwości finansowych ucznia. Tutaj jedynym ograniczeniem nie jest nasza wyobraźnia czy zdolności, lecz pieniądze. Godzina lekcyjna kosztuje od pięćdziesięciu do stu złotych (przy nauce gry na rzadkim instrumencie lub u wybitnie zdolnego tudzież wykształconego specjalisty).

W państwowych szkołach muzycznych jedynymi kosztami są: zakup (lub wypożyczenie) instrumentu, strojenie i ewentualna konserwacja, książki (jedna lub dwie do kształcenia słuchu i jedna do audycji muzycznych), a także ksero. Symboliczne dwadzieścia złotych miesięcznie, płacone na Radę Rodziców było dobrowolne, przeznaczane na jedzenie i napoje podczas nocy filmowych, koncertów świątecznych, czy przejazdów autokarowych na przeglądy chóru. Tego typu wydarzenia oraz poznawanie nowych ludzi są ogromną przewagą szkół muzycznych.

Kosztem alternatywnym wspólnego muzykowania jest dobór programu. Osoby pobierające lekcje prywatne mają szeroki wybór. „Nasz kontakt (mój i nauczycielki) na Facebooku pozwala na przesyłanie sobie linków do utworów, które chciałabym grać. Zwykle szukamy gotowców lub nauczycielka sama opracowuje dla mnie nuty. Nigdy nie podejmuje za mnie decyzji, dzięki czemu mogę swobodnie oddać się rockowi alternatywnemu, popowi lub nawet klasyce, którą grałam na początku swojej przygody z grą na pianinie. Dobieranie indywidualnie programu znacznie ułatwia interpretację” — opowiada Ola Piankowska, uczęszczająca od około dziesięciu lat na lekcje prywatne. Ola Bieszki wyznaje, że przeważnie nauczycielka wybierała jej utwory, ale zawsze liczyła się z jej zdaniem. „Gdy coś nie przypadło mi do gustu, mogłyśmy z tego zupełnie zrezygnować” — mówi.

W szkołach muzycznych należy przygotować program, spełniający kryteria oceny na egzaminach. Jest to od czterech do pięciu utworów, zróżnicowanych pod względem gatunku, tempa i dynamiki. Wybór jest ograniczony, a szukanie kompozycji zapisanych w podstawie programowej czyni go dodatkowo czasochłonnym. Swoimi przemyśleniami na temat programu ponownie dzieli się Aleksandra Będzińska, uczennica klasy drugiej MYP: „Grałam głównie utwory klasyczne: etiudy, formy polifoniczne, sonatiny, a nauczycielka zwykle oferowała mi kawałki, poprawiające moje umiejętności techniczne. Czasami dostawałam od dwóch do trzech z każdego rodzaju do wyboru (wybierając te, które wydawały się najłatwiejsze i najprzyjemniejsze w ćwiczeniu) i zaczynałyśmy je grać. Sama nie miałam inicjatywy przy wyborze programu, a w domu brakowało czasu na wyszukiwanie czegoś, co spełniałoby wymagania egzaminacyjne, nie mówiąc już o muzyce rozrywkowej. Na muzykę rozrywkową na lekcjach czasu zdecydowanie nie było”.

Niestety, uczniowie szkół muzycznych i uczęszczający na lekcje prywatne rzadko kiedy mogą porównać swoje umiejętności, gdyż większość prestiżowych konkursów wymaga od uczestnika bycia reprezentantem państwowej placówki. Czasami mam wrażenie, jakby wynikało to z tego, że organizatorzy boją się zaskakujących wyników lub są znudzeni ciągłym potwierdzaniem się stereotypów. Zarówno uczący się w szkołach muzycznych, jak i uczęszczający na lekcje prywatne często porównują swoje umiejętności. Ola Piankowska zauważa u siebie ogromne braki w zakresie teorii muzyki. „Nigdy nie zainteresowałam się zasadami muzyki, przez co określanie tonacji utworu jest dla mnie trudne. Nie rozumiem też pewnych mechanizmów budowy kompozycji, na przykład, dlaczego dana część kończy się jakimś trójdźwiękiem, czemu pewne sekwencje się powtarzają” — przyznaje. „Z tego powodu gdybym jeszcze raz miała wybrać, gdzie chcę się uczyć grać, wybrałabym szkołę muzyczną”.

Naukę gry na instrumencie można porównać do sportu, gdyż w celu uzyskiwania lepszych wyników należy ciągle ćwiczyć, pokonywać trudności i pracować nad umiejętnościami. Regularność i sumienność to podstawa do osiągnięcia wyznaczonych celów, którymi dla większości uczniów szkół muzycznych są: wysoka ocena na egzaminie (semestralnym lub końcowym), udany występ na koncercie lub wygrana w konkursie, a dla pobierających lekcje prywatne — satysfakcja i przyjemność z grania. W celu zrealizowania tego planu należy odbywać codziennie treningi bez względu na liczbę sprawdzianów, ciekawych propozycji towarzyskich, czy wydarzeń kulturalnych. Trzeba wziąć też pod uwagę wytrzymałość i możliwości zawodnika, żeby ustalić optymalny czas ćwiczeń. Są tacy, którzy bez problemu będą grali do dwóch godzin bez przerwy, a są też krótkodystansowcy, preferujący metodę dwa lub trzy razy po trzydzieści minut.

Tymczasem, by być odpowiednio przygotowanym na lekcję prywatną wystarczy zasiąść do instrumentu od trzech do czterech razy w tygodniu, pracując w spokojnym tempie maksymalnie czterdzieści pięć minut. Jako że widmo egzaminu nie dotyczy tej grupy, nauczyciel nie będzie miał pretensji, gdy uczeń nie opanuje danej umiejętności, ponieważ, jak podkreśla „jest tam dla niego, a granie ma być przyjemnością”. Gdy nie ma czasu na ćwiczenie w domu (na przykład ze względu na zbliżające się egzaminy), materiał w całości jest ćwiczony na lekcji. „Brakuje mi samodyscypliny do regularnych ćwiczeń, gram tylko, gdy mam na to ochotę. Bywało tak, że nie zasiadałam do pianina wcale. Zawsze, kiedy już zacznę grać, robię to w przerwach od nauki lub gdy mam gorszy dzień i złe samopoczucie. Szczerze mówiąc, nie przygotowuję się szczególnie do lekcji” — wyznaje Ola Piankowska.

Mimo braku presji ze strony rodziców, wszystkim pytanym w czasie kariery muzycznej towarzyszył stres. Silne podenerwowanie podczas semestralnych walk o zdobycie oceny, wymazywało mi z pamięci cały dzień, nawet jego drugą, znacznie przyjemniejszą część. Przy skali egzaminu, powaga cotygodniowych lekcji szła w niepamięć, jednak nie wszyscy mieli podobne odczucia. Aleksandra Będzińska przyznaje, że mimo świetnego przygotowania na zajęcia, jej psychika była wystawiana na próbę: „Chęć jak najlepszej prezentacji utworów była tak duża, że zaczynałam się stresować, w wyniku czego grałam je znacznie gorzej niż w domu. Nie zmienia to jednak mojej całkowitej opinii na temat szkoły muzycznej, którą bądź co bądź lubiłam”.

Innymi elementami, wprowadzającymi nerwową atmosferę były mające największy wpływ na ocenę końcową lub semestralną sprawdziany końcowe z kształcenia słuchu lub audycji muzycznych. Do tego z audycji muzycznych razem z przyjaciółką podeszłyśmy bardzo ambitnie, spotykając się by nawzajem odtwarzać sobie utwory, których znajomość potrzebna była w części słuchowej. Ponadto przez kilka dni intensywnie powtarzałyśmy wiedzę zdobytą w ciągu… trzech lat.

Do najprzyjemniejszej pracy w doborowym towarzystwie trzeba mieć motywację, której ja niestety nie miałam. Świadczy o tym rok przerwy w graniu. Ponadto brakowało mi czasu ze względu na konkursy kuratoryjne i powtórki do egzaminu gimnazjalnego, a potrzebowałam kiedyś odpocząć. Teraz kontynuuję naukę na lekcjach prywatnych, z których nie jestem w pełni zadowolona, między innymi ze względu na pianino elektryczne, z którego wydobywa się zupełnie inny dźwięk niż z instrumentu analogowego. Co więcej, nie przyzwyczaiłam się jeszcze do nowej nauczycielki, która dobiera mi mało ambitny program. Podobnie miała Aleksandra Będzińska, która porzuciła regularne ćwiczenia… dla sportu. Zaznacza, że skupiła się na swoim stanie zdrowia i zdecydowanie woli pobiegać lub pójść na spacer niż godzinami siedzieć przygarbiona przy pianinie.

Myślę, że każdy z nas chociaż raz zastanawiał się nad tym, czy dalej chce ćwiczyć. Tego typu kryzysy zdarzają się ciągle, a kluczem do wyjścia z nich jest odnalezienie w sobie pasji. Jest to jednak proces długotrwały, czasami prowadzący do rezygnacji. W karierze każdego muzyka-sportowca potrzebna jest jednak choć chwila refleksji nad tym, w jaki sposób wyglądają jego treningi, czy ma on szansę na odniesienie sukcesu, a przede wszystkim, czy jest w stanie znaleźć w sobie siłę na podjęcie dalszej walki.

Tekst po raz pierwszy wydrukowany w wydaniu 5 #magazynutrójki.

Zdjęcie: Iain Moss (CC 2.0 BY NC SA)
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s