#Felietonem (4): Kogo słychać [WYDANIE #5]

[FELIETON Kamila Aftyki]

Kogo słychać? Tylko to pytanie się liczy.

Zbyt abstrakcyjne? Potrzeba więcej konkretu? Z powyższej obserwacji wypływają wnioski dla bacznie śledzących media narodowe, teatr polski oraz intelektualne życie zachodu. Może być?

1.

Któregoś razu położyłem Platona dzieła wszystkie (pisane czcionką dziewiątką i zamknięte w jednym tomie) na stole w czytelni, przez co mimowolnie stałem się inicjatorem ważnego eksperymentu społecznego. Platon miał w zasadzie tylko tymczasowo zająć mi miejsce, podczas gdy ja szukałem innych lektur. Powaga autora odepchnęłaby potencjalnych uzurpatorów stołka, który wywalczyłem sobie prawem pierwszego, ale które to prawo nie jest już respektowane w tej części świata ot tak, per se.

Teraz stop! Moja znajomość łaciny jest nikła, więc naszła mnie kiedyś wątpliwość, czy powinienem takimi zwrotami jak ten z ostatniego zdania szafować, w końcu nie ma co popisywać się niby-erudycją, a tak naprawdę pustką. Jednak zdarzyło mi się usłyszeć w radio polityczkę, której nie śmiałbym posądzać o polot w tych sprawach, wypluwającą mało ważny zlepek słów, ale mimo to taki, w którym znalazło się (łacińskie!) sine qua non. Dotarło do mnie, żeby się nie cackać i moje zlepki przynajmniej na poziomie słowa koniecznie czynić mądrymi; resztę powierzyłem uczciwości, w wierze, że ta zrobi swoje i dopilnuje, by moje teksty również na poziomie wielu słów nosiły w sobie wagę.

Teraz powrót! Platon nie spowił mgiełką ochronną mojego stołka, bo chwila nie minęła, a już z Platona zrobiła się podpórka pod łokieć ucznia-sportowca w stroju sportowym. I w tym właśnie momencie uderzyło mnie, że z kondycją u tamtego było cienko, ponieważ wykrzyknął do kolegi pół tchem, a pół żartem: „tego nie da się czytać, to dosłownie martwa lektura!”. (Wszystko działo się w Londynie, więc w oryginale komizm rozkładał się na trochę inne brzmienia: „Plato is a dead poet to read”).

A potem uderzyło mnie drugi raz. Przecież on zostanie ważnym biznesmenem albo politykiem, i Platonem będzie podpierał się niejednokrotnie. Na pewno jakimiś z Platona wyrywkami zdań o potencjale aforystycznym ułoży sobie w głowie, jak mają przepływać ludzie albo pieniądze. Wielu się zachwyca, że o mocy paru greckich myślicieli, wśród których jest i uczeń Sokratesa, świadczy to, że ich myśli rezonują do dziś. Niefakt, ich słowa dziś głównie słychać, pojedyncze zdania, a nie całe myśli. Bajarz dziecięcy rzekłby: małe rozumki pochłaniają tylko myślątka.

2.

To był przypadek, że w tym samym czasie, kiedy odbywały się protesty przeciwko nowo wybranemu dyrektorowi Teatru Polskiego we Wrocławiu, swoją premierę w telewizyjnej Dwójce miał serial „Artyści” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, którego akcja zawiązuje się, gdy nowym dyrektorem fikcyjnego warszawskiego teatru zostaje człowiek z łapanki. Skorzystam tu z estetyki spiskowej i specjalnie dodam, że choć nałożenie się obu tych zdarzeń w czasie nie mogło być ukartowane, to daje ono jednak do myślenia.

Przede wszystkim dlatego, że dla środowiska artystycznego zostanie usłyszanym to chleb, to jest: warunek konieczny godnej egzystencji, takie sine qua non. Polskie środowisko polityczne nie ma akurat wielu zasług świadczących o zrozumieniu tego prawidła, z kuriozalnym natężeniem niezasług w ostatnim roku. Stąd też potrzeba manifestacji widoczna w obu tych wydarzeniach. Warszawski ratusz, który chce zamknąć teatr i po to wybrał słabego dyrektora (to „Artyści”, fikcja, ale inspirowana realiami i to tymi ostatnich kilku lat, a nie jedynie roku) oraz nowy dyrektor teatru z pomysłem na farsy i sztuki okolicznościowe, ale bez klarownej wizji ambitnych spektakli (to już niefikcyjny Wrocław) proszą się o kontrę. To walka o to, kogo słychać.

Na naszych oczach rozgrywa się pokrewna walka: o to, który przekaz informacyjny dotrze do większej liczby odbiorców. Za wymowną ilustrację może posłużyć odsunięcie dwóch dziennikarek radiowej Trójki od prowadzenia serwisów informacyjnych, na co odpowiedzią była akcja słuchaczy i pracowników stacji o nazwie #kogoniesłychać (sic!). Albo z innej bajki: za oceanem instytucje naukowe lub rządowe mogą narzucać tak zwane embarga informacyjne. Wybranych dziennikarzy informują wcześniej o swoich planach bądź odkryciach, by ci mogli lepiej i szybciej od innych opracować temat. Jednak Amerykańska Agencja ds. Żywności (FDA) – tak donosiła redakcja „Scientific American” (w Polsce „Świat nauki”) – poszła o krok dalej i przekazywała z wyprzedzeniem informacje wybranym dziennikarzom pod warunkiem, że ci nie szukali komentarzy u osób, które były krytycznie nastawione na pomysły agencji. Spotkało się to ze sprzeciwem niektórych autorów, ale nie wszystkich. W końcu bycie tym, który pierwszy o czymś informuje nie parzy, nawet jeśli kosztem jest pozbycie się autonomii. Na marginesie, przewrotną inkarnację wybiórczego karmienia mediów znaleźć można przecież i u nas. Jarosław Kaczyński prawie w ogóle nie pojawia się w telewizji, a kiedy się pojawia, to tylko tam, gdzie traktują go kulturalnie. Jego i tak słychać.

Kiedy „Gazeta Wyborcza” zmieniała w czerwcu tego roku szatę graficzną i oddzieliła wyraźniej wiadomości od komentarzy, jeden z socjologów komentujących tę decyzję (był to Grzegorz Lindenberg) powiedział, że problemem nie jest brak rozdziału obiektywnego od subiektywnego. Rzecz rozbija się już o sam dobór informacji. „Wyborcza” nie mogłaby przez swój profil poglądów opisywać szczegółów afery reprywatyzacyjnej, bo zaszkodziłoby to obozowi, który pismo wspiera. Zaraz. Nie, wróć. To właśnie seria publikacji w GW uruchomiła dyskusję o przejęciach majątków w stolicy. Mimo że ta obserwacja chwieje przez moment konstrukcją tekstu, to uważam ją za istotną dygresję, przeciwstawiającą się masowo kolportowanemu przeświadczeniu, że Polska to jedna wielka obozownia, a każdy z obozów coraz bardziej zacietrzewiony i niezdolny do samokrytyki.

Poza tym, na to, kto jest dopuszczany do głosu, mają wpływ rzeczy takie jak kręgosłup moralny czy intelektualna orientacja dziennikarza. Prowadzący, który orientuje się w naukach przyrodniczych, nie zaprosi do studia kogoś, kto uważa, że globalnego ocieplenia nie ma. Byłoby to zaprzeczenie naukowego konsensusu, a więc powielanie jawnie błędnych opinii. Prowadzący wie bowiem, że nie ma prawdy w stwierdzeniu, że prawda zawsze leży pośrodku.

Na wykładach Michaela Sandela z Harvardu panuje klimat dialogu sokratejskiego. Studenci dyskutują o dylematach etycznych między sobą i z wykładowcą. Jest w tym coś świeżego, ale i w pewnym sensie naiwnego. Wątpliwe jest tu dla mnie przekonanie, że każdy głos będzie wartościowy, wart usłyszenia. Owszem, rolą akademii jest weryfikowanie potocznych opinii, które potrafią się przez pierwsze lata życia zaląc w neokortykalnych zakamarkach; ci, którzy chcą odnieść sukces w takim miejscu powinni być otwarci na poznawczy dysonans wywołany innymi orientacjami intelektualnymi uczestników debaty. Jednak gdy akademia przyjmuje rozmiary masowe (zacznijmy od kilkunastu setek uczestników, bowiem zdarzało się, że tyle uczestników liczyły wykłady Sandela), trudno o zniuansowaną dyskusję. Mnogość głosów, zamiast wskazywać na złożoność problemu, może utrudnić dojście do właściwych pytań.

A więc dziennikarz, artysta czy wykładowca to swoiści selekcjonerzy. Na różne sposoby oddzielają (swoje bądź nieswoje) myśli od myślątek. Dodam, że to poniekąd obrazoburcze, a może i niebezpieczne postawienie sprawy. Przecież w rękach cyników selekcja ta może być oparta na nieszczerych intencjach, próbie ugrania czegoś dla siebie, zmanipulowania ciemnego, a nie na wypadkowej działań rozumu i narządów czucia. Można popaść oczywiście i w inną skrajność. Minister Piotr Gliński tak mówił w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM: programy informacyjne w nowo tworzonych mediach narodowych są nieporównywalnie bardziej pluralistyczne niż przedtem. Warto pomyśleć, czy ta ewidentna mnogość głosów to czasem nie przesada. To grozi wzrostem przewagi myślątek, a to może i jeszcze gorsze…

3.

Tymczasem cały czas piję do jeszcze jednej myśli. Ten tekst nie ma być peanem na rzecz wolności słowa czy ekspresji, to temat, którego się przy tej okazji nie podejmuję, muszę to powiedzieć jasno. Ponadto pytanie, czy powinna panować pełna wolność słowa nie jest nawet tak aksjologiczne, co dogmatyczne i szkolne, przez co uważam, że z zasady nie zagwarantuje nam wartościowej odpowiedzi. Dlatego poniekąd moją obsesją staje się powtarzanie raczej takiej serii pytań: kogo słychać, kogo warto usłyszeć, czy potrafimy słuchać, jak słuchamy? A także: kogo będzie słychać za dwa tysiące lat, kiedy to nasze czasy będą starożytną Grecją? Kogo z naszych czasów będzie wtedy warto usłyszeć?

Ciąg dalszy felietonu tylko online tutaj. W nim między innymi o cząstkowych intelektualistach i o tym, czy jako społeczeństwo będziemy w stanie zauważyć nowego Einsteina.

Tekst wydrukowany po raz pierwszy w wydaniu 5 #magazynutrójki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s